A mimo to jakiś czas potem mama zaczęła kręcić nosem.

Mieszkanie w pobliżu więzienia jakoś nie uchodziło. Nie można powiedzieć, żeby miała coś przeciwko samemu mieszkaniu. Przeciwnie. Mieszkanie suche, czyste, jasne. Stosunki z sąsiadami bardzo dobre. Z żoną bałaguły Jarme, z handlarką mąki Itą i z rodziną starszego strażnika nawet serdeczne. Jedno tylko zaczęło ją martwić. Dojście do mieszkania. To znaczy uliczka za więzieniem. W dzień jakoś można wytrzymać, ale kiedy nadchodzi noc — powiadała mama — człowieka ogarnia markotność. Nie ma gdzie się podziać.

Mama nie wyjaśniała dokładnie, dlaczego nocą robi jej się markotno, ale ja potrafiłem to sobie wyobrazić. Jankiel zdążył mi już przedtem opowiedzieć historię, która wykraczała poza ramy natury. Rzecz nadprzyrodzona. To znaczy niezupełnie nadprzyrodzona. Po prostu rzecz napędzająca strachu.

Oto, dla przykładu, zaobserwowano, że w miejscu między żółtym murem więziennym a opuszczonym domkiem, w którym przed laty powiesił się rosyjski kapitan, wieczorem zapada taka wielka ciemność, że można ją dotknąć rękami. Na żadnej ulicy w mieście nie było takiej ciemności jak tu. Mnie się wydawało, że ciemność ta wypływa z żołnierskiej budki, która w dzień służyła wartownikom za miejsce odpoczynku, a w nocy za siedlisko diabłów.

W nocy budka żołnierska była pusta, bo więzienia pilnowano od wewnątrz. Z budki rozlegały się wtedy ochrypłe westchnienia. Czasami słychać było stamtąd krzyki i głośne śmiechy. Czasami dochodziły zdławione, nagle przerywane głosy.

Z początku, jak tylko sprowadziliśmy się do nowego mieszkania, wydawało mi się, że te westchnienia i śmiechy wydobywają się spod domków wiszących nad zakratowanymi okienkami więzienia. Było dla mnie jasne, że w więzieniu ludzie zakuwani są w łańcuchy, że w nocy chłoszczą ich i zadają różne cierpienia. Siedzą przecież tam tacy bandyci, jak Szczepko i Szerman, którzy wymordowali całe rodziny Żydów, podpalili tuzin dworów magnackich. Takich łotrów nie trzyma się w więzieniu ot tak sobie, dla przyjemności.

Potem jednak doszedłem do wniosku, że być może nic im tam złego nie robią, a jeśli nawet biją ich, to krzyki i westchnienia bitych do nas dojść nie mogą.

Krzyki, westchnienia i stękania, które słyszymy w ciemnościach pochodzą właśnie z drewnianej budki. Jankiel wyjaśnił mi to całkiem dokładnie.

— Tu, w budce — powiedział — zrobiła sobie legowisko wysoka Józka, znana kurwa. Twarz ma dziobatą, po ospie. Nosi krótką grzywkę, jak ci chłopcy, którzy wożą piasek.

Żołnierze doskonale wiedzieli, gdzie można zastać wysoką Józkę. Toteż przychodzili do niej. Gryźli pestki, pluli na nią i targowali się. Ona siedziała na progu budki jak kura na jajach. Gryzła, tak jak oni pestki i plując im w rewanżu prosto w twarz, pytała: