— Ile możesz dać, kochany ziemlaczku?
Prawdopodobnie „ziemlaczek” wymienił sumę, bo wysoka Józka zerwała się z miejsca i ochrypłym głosem krzyknęła:
— Do mamy swojej idź, przeklęty Moskalu, do swego świńskiego kraju!
Było ciemno. Co tam się działo, nie wiadomo. Nie było widać. Ale po takim nagłym krzyku raptem ucichło.
Wokół budki rozległo się ciche dyszenie, charczenie i sapanie nosem. Cała uliczka z murowanym domkiem kapitana, z lipowymi drzewami, z okratowanymi więziennymi oknami sapała, ciężko oddychała i wydawała się straszna.
Dlatego biada człowiekowi, który o tej porze miał przechodzić tamtędy. Przekleństwa, jak szczekanie spuszczonych z łańcucha psów, wstrętne, obrzydliwe słowa, zaczynały padać wśród rzucanych kamieni.
Jednego razu taki kamień trafił w przeciwległy parkan, a drugi w głowę człowieka.
— Do ciężkiej cholery — ochrypły głos Józki niby tępą piłą rozcina ciszę. Głębokie rosyjskie przekleństwo dobyte z piersi zawtórowało Józce.
— Sukinsyn! Mać twoju...
Nie dziw więc, że starano się omijać w nocy tę uliczkę. Lepiej było siedzieć w ciemności i nie chodzić do sklepu po naftę do lampy.