Rano znajdowano w budce łupiny po słonecznikowych pestkach, kawałki starej kiełbasy, puste butelki po wódce. Jeśli w nocy spadł śnieg, to nad ranem można było zobaczyć odciśnięte ślady ludzi, którzy tarzali się w nim.
Jankiel każdego ranka biegał tam popatrzeć na te ślady w śniegu. Szukał czegoś w tym śniegu. Miał bladą, martwą twarz i ściśnięte usta. Bałem się wtedy Jankiela. Nie mogłem patrzeć w jego martwą twarz. Zdawało mi się, że bije z niej brzydki zapach.
Pewnego razu powiedział mi, że wczoraj rozmawiał z wysoką Józką. Poczęstowała go pestkami. Pogłaskała po twarzy i powiedziała, żeby przyniósł złotówkę, to wejdzie z nim do budki. Dlatego musi zbierać powoli grosze, a potem kiedy już zbierze złotego, nocą wykradnie się z domu i przyjdzie do budki.
Nie bardzo rozumiałem, o co chodzi Jankielowi.
— Jak to? Nie boisz się?
— Kogo mam się bać?
— Chyba żołnierzy, no i Józki.
— Głupiś! — odpowiedział Jankiel i machnął ręką tak, że poczułem się wobec niego małym i nędznym robakiem.
Faktycznie, czym i kim jestem w porównaniu z Jankielem. On przecież był już w Warszawie. Rozmawiał z wysoką Józką. Jest już pełną gębą mężczyzną. A ja? Ja przecież uciekłem od Hudl. Już wiele razy chciałem o tym opowiedzieć Jankielowi. Ale po tym, jak on sam rozmawiał z Józką, zrozumiałem, że będzie się ze mnie śmiał.
Nie dziw więc, że mamę ogarnęła niechęć do pięknego, jasnego mieszkania.