Ojca cała ta sprawa nie obchodziła. Ostrzegano go przed budką, opowiadano o wysokiej Józce z żołnierzami. On sam jednak tego nie widział. Kiedy wypadało mu przechodzić nocą przez tę uliczkę i kiedy krzyczano do niego z budki, on z powodu głuchoty nie słyszał tego.

To po pierwsze. Po drugie ojciec był zadowolony z tego, że mama siedzi w domu. Już nie biegała ani do cioci Miriam, ani do babci Racheli. Nie musiał sam podgrzewać jedzenia. Nie siedział przy stole sam — jak niegdyś — w dawnych mieszkaniach. Nie musiał bez przerwy patrzeć na puste cztery ściany i na smutny płomyk lampy naftowej.

W tamtych mieszkaniach ojciec nigdy się nie śmiał. Czynił mamie wyrzuty, że go zostawia samego, że w domu jest zimno. Mówił mamie, że coś go z domu wygania, kiedy jej nie ma.

Tu jednak, w mieszkaniu sąsiadującym z więzieniem mama bała się wychodzić wieczorem z domu. Ciotka Miriam posyłała umyślnego, żeby się dowiedzieć, dlaczego mama nie przychodzi do niej. Babcia Rachela sama potrudziła się przyjść do nas i zapytać o powód niepokazywania się mamy w jej domu.

Mama wtedy rozpłakała się, wyznała, że wpadła z tym nowym mieszkaniem. Powiedziała, że dla niej prawdziwym więzieniem nie jest to z zakratowanymi oknami, ale jej własne mieszkanie.

Zaczęła szeptać z babcią. Mrugała oczami w moją stronę. Z ojcem również mówiła po cichu o swoich planach zamiany mieszkania. Ojciec jednak nie dał się przekonać.

— Nie wiem, czego chcesz — odpowiedział — Czy trzeba nam jeszcze lepszego mieszkania?

— A co ci się w nim podoba?

— Jest suche, ciepłe. Czego jeszcze potrzeba?

— A ja ci, Lejzorze, powiadam, że trzeba się z niego wyprowadzić. To jest prawdziwe więzienie.