— Sama przecież je wybrałaś.

— Gdybym wiedziała, że tak będzie...

— Ty nigdy nie wiesz, co będzie.

Mama nie odpowiedziała na ostatnie zdanie ojca. Ściągnęła wargi i tłumiła w sobie gniew.

Ojciec po cichu, na pół senny, odmawia błogosławieństwo. Jest zmęczony, przepracowany. Łóżka są pościelone. Nagle w trakcie odmawiania błogosławieństwa milknie. Głowa zaczyna mu się kiwać. Na chwilę budzi się. Usiłuje kończyć błogosławieństwo i znowu zasypia.

Jest wcześnie. Zegar wskazuje ósmą godzinę. Mama mogłaby wybrać się jeszcze do ciotki Miriam. Wie, że tam zbierają się teraz sąsiedzi. Rozmawiają na różne tematy, dzieci się bawią. Przychodzi nauczyciel Icchok, który udziela korepetycji w bogatych domach. Jest tam przyjemnie, swojsko, ciepło i jasno.

Ale droga do ciotki Miriam prowadzi przez tę przeklętą ciemną uliczkę. Jest ona ścianą, ogrodzeniem, które oddziela jeden świat od drugiego.

Ojciec drzemie. Mama nie może iść spać razem z kurami. Szybko nakłada na siebie to, co ma pod ręką i wpada do starszego strażnika, który mieszka drzwi w drzwi z nami.

Starszy strażnik, Polak, lubiący mówić po rosyjsku, to mężczyzna z twarzą pooraną zmarszczkami, ozdobioną rudymi wąsami. Z niejednego pieca chleb jadł. Bywały w świecie. Nasłuchał się w życiu, podróżując, niezliczonych opowieści. Ma dar wymowy. Toteż opowiada o powstaniu, buncie Rosjan, o wojnie tureckiej. Najbardziej jednak lubi opowiadać o zbóju Szczepko, który siedzi teraz w więzieniu przykuty łańcuchem do ściany.

— Szczepce — opowiada strażnik — ogolono w więzieniu pół głowy i jeden wąs. Zbój ten jest wysoki, że nie przeszedłby przez drzwi naszego domu. Dawnymi laty Szczepko był kamieniarzem. Pracował przy wyrabianiu nagrobków i pomników cmentarnych. Potrafił wykuć w kamieniu ptaki w locie. Nie wiadomo jak doszło do tego, że pewnego dnia skumał się z pewnym Żydem, który nazywał się Szerman. Od tej chwili stał się zbójem.