— On już ma żonę. Nie potrzebuje drugiej.
— I co z tego, że ma żonę? Ja też mogę nią być.
Ojciec krążył po izbie i głośno odmawiał modlitwę.
Rozmowa Józi z chłopem nakładała się na modlitwę. Łóżko mamy zaczęło głośno skrzypieć:
— Lejzorze! Lejzorze! A może by trochę ciszej?
Ale i tego ojciec nie usłyszał. Zanim zamknął za sobą drzwi, matka nieraz obróciła się w łóżku i nieraz wspominała pierwszego męża, u którego w domu klamki przy drzwiach były z mosiądzu.
Po wyjściu ojca z domu, zaległa uspokajająca cisza. Taka jaka nastaje po przejeździe wozu po kocich łbach. Lampka dalej się paliła. Matka po raz ostatni westchnęła z ulgą. Ja zaś w półśnie słyszałem:
— Młody? Przyślij go tu ojczulku...
Domyśliłem się, o co Józi chodzi. Stanął mi przed oczami ów wieczór, kiedy Józia zaczęła mnie ogrzewać. Od tego wieczoru minęło już sporo czasu. Wyglądało na to, że Józia całkiem zapomniała o mnie. Wiele razy wracałem do domu, zesztywniały niemal od chłodu. Wracałem, kiedy w domu nie było ani ojca, ani matki, a Józia siedziała sama przy stole w kuchni i nieruchomymi oczyma wpatrywała się w drżący płomyczek lampy. Musiałem sam wykaraskać się z szarego, żołnierskiego baszłyku8. Sam musiałem poszukać sobie na płycie cośkolwiek do jedzenia. Nawet łóżko musiałem sam ścielić, Józia nie zauważała mnie.
Pewnego razu jednak i chyba był to ostatni raz, Józia przywołała mnie do siebie: