Opowieściom starszego strażnika i jego żony nie ma końca. Godziny mijają. Zegar bije. W jego wnętrzu coś stęka i trzeszczy. Dwanaście uderzeń zegara daje znać, że czas iść spać.
U nas w mieszkaniu knot lampy jakoś wciągnął się sam do środka. Po ścianach łażą strzępy cieni podobne do rozdartych worków. Ojciec oparty głową o kant stołu śpi w najlepsze.
Dookoła jest pusto, czarno. W moich oczach wygląda to tak, jakby wszystkie rzeczy w pokoju gdzieś się odsunęły, robiąc miejsce dla ojca, żeby mógł swobodnie spać, żeby go nikt nie zauważył.
Mama ciężko oddycha:
— Ach, jak tu smutno! Jak smutno!
I jej głos zawisa nad głową śpiącego ojca jak napomnienie.
Rozdział XVI
Spytacie zapewne, jak to się stało, że moja mama, która u pierwszego męża, felczera, miała mosiężne klamki na drzwiach, mieszkała w „pokojach”, wyszła powtórnie za mąż, za mego prostego ojca, Żyda z Nowego Młynka, który znał się na sianie i zsiadłe mleko ze śmietaną jadał z dużych glinianych naczyń, a kąpał się w wiejskiej rzece i sypiał w lesie pod choinką. Doprawdy, jak do tego doszło?
Ludzie, jak to ludzie, mieli na to taką odpowiedź:
Zanim tato i mama stanęli na ślubnym kobiercu oboje nie mieli pojęcia, ile dzieci pozostało im po pierwszym związku małżeńskim. Podczas zaręczyn jakoś zapomniano o dzieciach. Nie wymieniono nawet imion sierot. Coś tam niby wzmiankowano, ale szybko dodano, że dzieci są już dorosłe i w żadnym wypadku ich utrzymanie nie spadnie na barki nowożeńców.