Odbył się więc ślub. Był obiad, na który zaproszono niewielkie grono gości. Potem mama zapakowała do kufra wszystkie swoje rzeczy. Nieliczne sztuki biżuterii, które miała, zostawiła u ciotki Miriam i sama przeniosła się na wieś, do Nowego Młynka, gdzie ojciec mieszkał po śmierci pierwszej żony. Przybywszy na miejsce zobaczyła nędzę, ciemną izbę z glinianą podłogą. Po kątach walały się gliniane garnki. W dwóch oknach zamiast szyb sterczały poduszki. Po izbie kręciły się cztery dorosłe, czarnowłose dziewczyny w barchanowych bluzkach. Na widok nowej żony ojca schowały się za wezgłowia łóżek, skąd ze zdumieniem w oczach przyglądały się przybyłej z miasta kobiecie.
Twarz mamy w jednej chwili skurczyła się, zestarzała. Nie zdejmując płaszcza, spytała:
— To jest ten twój folwark, o którym mi mówiłeś?
— Tak. To jest mój folwark.
— A te dziewoje to kto?
— Moje córki.
— Wszystkie cztery?
— Wszystkie cztery. Żeby mi zdrowe były.
— Mówiłeś tylko o dwóch.
— Mało co się mówi.