Ściągnęło się serce mamy. Nie była w stanie wymówić słowa. Zresztą co tu słowa pomogą? Gdyby się nie wstydziła, wybuchnęłaby płaczem.

Otworzyła więc z powrotem drzwi i powiedziała:

— Nie, panie Lejzorze! Nie tak się z panem umawiałam. Trzymaj pan swoje córki w zdrowiu i szczęściu, ale ja pańską żoną nie będę.

— Co to ma znaczyć? A ślub? A małżeństwo?

— To będzie rozwód, panie Lejzorze!

Zabrała mama kufer i pojechała z powrotem do miasta. Zajechała z płaczem prosto do ciotki Miriam, młodszej swojej siostry.

— Miriam, kochana, czego ode mnie chciałaś? Dlaczego namówiłaś mnie do tego małżeństwa? To przecież nędzarz! Cztery dziewki jak te dęby. Co ja tam pocznę z czterema dziewkami? Co?

Ciotka Miriam wiedziała, że tato ma cztery córki w domu. Wiedziała też, że Lejzor z Nowego Młynka jest biedakiem do kwadratu. Jego folwark, o którym była mowa przed podpisaniem ślubnej intercyzy, to tylko izba z glinianą podłogą i glinianymi garnkami na kwaśne mleko.

Ale mama przecież też była wdową i dzieci z pierwszego małżeństwa miała, a ojciec posagu od niej nie zażądał.

— Czy ty jesteś lepsza od niego? Dlaczego podniosłaś lament? Dlaczego się skarżysz?