— A poślubi mnie pan?
— Dlaczego nie? Może być i tak!
— Kiedy?
— Zrobi się.
I w małej komórce nagle zrobiło się zamieszanie. Kury zerwały się ze snu. Zaczęły w ciemnościach trzepotać skrzydłami i skakać sobie nawzajem na głowy. Bejle również zerwała się, zadygotała, zatrzepotała rękami i uderzyła w dwa wypasione policzki. Otworzywszy drewniane drzwiczki komórki krzyknęła w ciemną dal nocy:
— Rozpustniku! Żeby cię szlag trafił!
Na krzyk Bejle zapłonęło światło w karczmie. Mężczyźni zerwali się z posłania i na chybcika umyli ręce. Kobiety bose, w nocnych czepkach na głowie, w koszulach, zdumione tym, co zaszło, zaczęły lamentować:
— Biada! Taki Żyd... Kto to słyszał...
Lament kobiet obudził dzieci. Wybuchł płacz. Rozszczekał się pies. A czarnowłosy Żyd o gorejących oczach zmył się w środku nocy. Zniknął jak kamfora, pozostawiwszy w karczmie płaszcz.
Bejle wzięła płaszcz i przez bałagułę Jarme wyekspediowała go do domu. Niech tato ma w czym chodzić zimą po wsiach.