Bałaguła Jarme całą tę historię opowiedział ze szczegółami rodzinie. Tak nakazała mu Bejle. Niech tam w domu wiedzą, że ona Bejle chociaż nie nocuje tam, gdzie w dzień pracuje, ale ojca na starość nie zawstydzi.

I rzeczywiście. Wstydu ojcu nie przyniosła. A kiedy przyszedł odpowiedni czas, Bejle wyszła za mąż zgodnie z wymogami Mojżesza i Izraela.

Męża sama sobie wyswatała. Też był wdowcem, ale w niczym niepodobny do owego Żyda z karczmy. Nie był ani czarnowłosy, ani nie miał gorejących oczu. Był to rosły, atletycznie zbudowany mężczyzna o jasnoblond brodzie. Takiej jaką nosił car Aleksander III.

Takim bogatym, jak car Aleksander, mąż Bejle nie był. Imienia carskiego też nie nosił. Nazywał się Wolf. Tak jak pierwszy zięć ojca. Miał własny wóz i własnego konia. Ponadto umiał kuć konie, naprawiać koła, podnosić ramieniem wóz z ładunkami, kiedy pęka oś. Dawniej, za życia pierwszej żony, posiadał własny kawałek pola z ogródkiem. Po owdowieniu jednak zapuścił je. Nie miał głowy do marchewki i rzepy, które własnoręcznie zasadził. Zaopiekowały się więc nimi świnie. Zapaskudziły ogródek. Nie pozostało mu nic innego, jak tylko przeprowadzić się do miasta. Konia z wozem miał. Kuć potrafił. Słowem, przy Bożej pomocy, na chleb zarobił.

Zamieszkała Bejle z mężem za miastem, aż za skaryszewską rogatką. Nad dachem domu hulał w nocy wiatr. Obok domu przejeżdżały z miasta i do miasta wozy. Furmani za oknem krzyczeli. Bejle gotowała dla nich perłową kaszę. W sobotę czulent56 z kiszką. Mąż przewoził towary na jarmarki i targi. Jeśli nie nadarzała się jazda, kuł konie. Żyło się. I co roku ciszę nocną przerywał krzyk dziecka, które Bejle właśnie wydała na świat.

Im więcej dzieci, tym mniej pieniędzy na życie. Odnajęła więc Bejle alkowę i zaczęła piec placki z makiem dla furmanów. Na swój los Bejle jednak nie narzekała.

Sama przecież tak chciała. Czasem jednak, kiedy do nas wpadała podczas świąt i mama ją pytała, jak się jej powodzi, Bejle potrafiła pochopnie się zwierzyć, że bywają noce, kiedy przypomina sobie owego czarnego Żyda z gorejącymi oczami. Widzi go wyraźnie. Po prostu jak żywy stoi przed jej oczami. Sama nie wie, co o tym sądzić. Po takiej nocy boli ją serce. Kasza się przypala. Furmani kręcą nosem na widok makowych placków, zaś ona sama wszczyna kłótnie z sąsiadką, która mieszka w jej alkowie.

Rozdział XVII

Na uroczystościach urządzanych z okazji obrzezania albo innych rodzinnych świąt w domu Bejły nie zajadano się rybami i ciastkami. Zadowalano się grochem i małymi, śniętymi płotkami oraz głowizną. Ojciec od czasu do czasu podsyłał Bejle dwa złote dla dzieci, bochenek chleba z kminkiem, rybę na sobotę i macę na święto Pesach. Bejle odwdzięczała się ojcu tym, że przyprowadzała do nas w sobotę swoje dzieci, które wykąpane i uczesane całowały dziadka w rękę.

Inaczej rzecz się miała z czwartą córką ojca, Tojbą. Była zupełnie inna niż jej siostry. Była z nich najwyższa. Szersza również była w ramionach i wąska w talii. Dobrze zbudowana, z otwartą twarzą na słońce i wiatr, wyglądała jak córka bogacza, która zajada się kurczakami z bulionem i wyszywa dla narzeczonego aksamitny woreczek na tefilin.