Czy będzie padał deszcz, czy będzie wiał wiatr, czy też świecić będzie słońce.
Najbardziej ze wszystkich moich sióstr kochałem Tojbę. Moje dni i noce były wypełnione wspominaniem jej opowieści o polach, lesie i rzece.
Gdyby Tojba umiała wszystko to napisać, powstałaby niewątpliwie ciekawa książka. Byłaby stokrotnie ciekawsza od wszystkich bajek, które mama w sobotę po obiedzie czyta sąsiadkom z książki przywiezionej z Warszawy.
Po śmierci jednak swojej matki i po tym, jak jej siostry rozjechały się po kraju, Tojba musiała opuścić Nowy Młynek razem z jego polami i przystać na służbę u bogaczy w mieście. A u tych bogaczy drzwi były w dzień i w nocy zaryglowane, a w domu mówiono do siebie ledwie otwierając usta.
O to, żeby Tojba, najpiękniejsza z córek taty, dostała się do bogatego domu, zadbała moja mama.
Żyd, u którego Tojba służyła, nie miał jeszcze czterdziestu lat. Blada twarz pokreślona małą, czarną bródką świadczyła o inteligencji i wiedzy. Nosił on nawet w powszednie dni jedwabną czapkę i małe, zawsze błyszczące buty z chlewami. Stawiał drobne, odmierzone kroczki.
Jego żona była kobietą, o której się mówi „krew i mleko”. Krążyła po swoich czystych, jasnych pokojach z miną leniwej, dobrze wyspanej, najedzonej do syta paniusi. Do Tojby mówiła:
— Tojbciu, rozwiąż mi gorset... Tojbciu, leć do sklepu i przynieś mi ze dwie pomarańcze...
Tojba więc leciała, ściągała z niej buciki, wiązała i rozwiązywała gorset, obierała kartofle, paliła w piecu i mimo to nie zatraciła wdzięku i nie zniszczyła swoich pięknych rąk.
Być może, że z powodu właśnie tych rąk przydarzyła się Tojbie niezwykła i smutna zarazem historia. Otóż jej gospodarz o bladej twarzy, z jedwabną jarmułką, którą nosił w powszedni dzień, nie zwykł patrzeć na służącą tak, jak na człowieka.