Do kuchni, w której Tojba trawiła swoje lata przy garnkach, ten delikatny Żyd nie wchodził. Co tam miał do roboty? Ale pewnego dnia, kiedy żona akurat była poza domem, nagle wszedł do kuchni. Wszedł, jakby to powiedzieć, zupełnie przypadkowo.
— Nie ma pani? — zapytał, nie patrząc na Tojbę.
— Nie. Nie ma pani.
— Znaczy... nie... ma, tak, co ja to chciałem powiedzieć? Tojbo, bądź taka dobra...
Nie dokończył i nie wyjaśnił, dlaczego miała być taka dobra. Delikatny był człowiek. Nie umiał głośno mówić.
Tojba jednak wyczuła, że jeśli wchodzi do kuchni raz na ileś tam miesięcy, nie spuszcza wzroku z jej wąskich, pięknych rąk.
Tojba żywiła głęboki szacunek do swego szlachetnego, delikatnego gospodarza. Kiedy czyściła jego kapotę i buty ze sfałdowanymi cholewkami, czuła, że delikatność i szlachetność gospodarza ją przenika.
Było jej w tym domu dobrze. Dorobiła się już własnego kufra z własną bielizną, koszulami, wsypami i poszwami. Zdążyła nawet zaoszczędzić sporo na książeczce.
W ostatnich jednak tygodniach Tojba już nie przychodziła do nas w każdą sobotę.
— Co się stało Tojbo, dlaczego nie pokazujesz się?