Tojba powoli wstaje z krzesła. Mama wpatruje się w ciemność, tak jak to czyni krótkowidz.

— Dobrej soboty! — Tojba się żegna z nami. Tym razem jednak zapomniała mnie pocałować.

— Dobrej soboty! Dobrego roku! Nie zapominaj nas odwiedzić.

I w pokoju zalega czarna cisza. Pod kuchnią odzywa się świerszcz, cyka z uporem.

— Lejzorze, Lejzorze! — przerywa ciszę mama. Jej głos jest nieco przytłumiony, jak głos wyrwanego ze snu człowieka.

Ojciec jednak dalej stuka nożem w stół.

— Jest trochę głuchy — powiada do siebie mama i zawija swój kobiecy modlitewnik w modlitewnik ojca.

I znowu nastąpiła dłuższa przerwa w spotkaniach z Tojbą. Mama miała już zamiar pójść do bogatego domu, w którym Tojba służyła, żeby się dowiedzieć, czy czasem nie jest chora, ale jakoś nie wyszło.

Jest sobota po obiedzie. Na szybach odbijały się cienie dużych, puchowych chmur. Ojciec dopiero co wślizgnął się pod kołdrę i natychmiast zasnął.

Mama wyjęła z bibliotecznej szafki książkę z pięknymi bajkami, pod tytułem Syn dwóch matek. Przetarła złote okulary, które przywiozła kiedyś z Warszawy i zabrała się do czytania cudownej historii o oszuście Rudolfie i pięknej, niewinnej Karolinie. W naszym mieszkaniu mama dużo czytała. Czytała jednak nie w samotności, ale w obecności sąsiadek i znajomych kobiet, które schodziły się do naszego domu i rozsiadały się na krzesłach, jak kury na grzędzie, żeby słuchać opowieści.