W zeszłym tygodniu mama skończyła w miejscu, w którym niewinna Karolina zniknęła w tajemniczy sposób w pałacu swego ojca, hrabiego i milionera.

Teraz mama otworzyła książkę na tej stronie, na której w zeszłym tygodniu skończyła i czekała na swoje słuchaczki. Ja też czekałem w napięciu na dalszy ciąg. Ciekaw byłem, jak zakończy się ta sensacyjna historia. Lubiłem słuchać czytania mamy. Umiała przekazywać słowa w sposób tak jasny i klarowny, że nawet dziecko było w stanie to zrozumieć. Czytała z pewnym zaśpiewem, który był mieszanką powstałą z melodii błagalnych modlitw Selichot59 i zaśpiewu, z jakim czyta się Pięcioksiąg.

Kiedy oszust Rudolf znęcał się nad piękną i szlachetną Karoliną, mama podnosiła głos i wymachiwała rękami. Rywkele, młoda żona Meira Zelemera, która przynosiła ze sobą chałę i butelkę gorącej herbaty, często nie wytrzymywała napięcia akcji.

— Droga pani Frumet — prosiła mamę — niech pani na chwilę zatrzyma się. Boję się, żeby biedaczce coś się nie stało. Serce się we mnie ściska.

A kiedy szlachetna Karolina szła na spacer ze swoim ukochanym księciem i księżyc świecił, a ptaki śpiewały, mama to tak pięknie i klarownie przekazywała zarówno głosem, jak i mimiką, że nie tylko mnie, ale też wszystkim obecnym wydawało się, że oni sami spacerują razem z boskim księciem. Że to dla nich tak pięknie świeci księżyc i tak uroczo śpiewają ptaki.

Cóż z tego, kiedy dzisiejszej soboty nie sądzone nam było dowiedzieć się, jak dopełnił się los niewinnej Karoliny.

Jeden Bóg wie, dlaczego słuchaczki mamy nie zjawiły się dzisiaj. Czyżby się zmówiły? Czyżby się pogniewały?

Mama nie mogła tego zrozumieć. Chcąc nie chcąc, zaczęła sama po cichu czytać. Powoli przewertowała kilka stronic, po czym wróciła do punktu wyjścia. Zdjęła okulary, znowu je nałożyła. Słowem nic jej nie wychodziło.

I w chwili, kiedy bezradność mamy zdawała się osiągać szczyt, otworzyły się raptem drzwi i do pokoju wpadła drobna i niska kobieta z twarzą mocno opaloną. Kobieta ta w niczym nie była podobna do słuchaczek mamy.

Była to Rejzel, córka Josy Biksa, daleka krewna mamy. Rzadko do nas przychodziła. Może raz na sześć tygodni. Siadywała zwykle na ławce. Z powodu niskiego wzrostu, nogi jej nie mogły dotknąć podłogi, więc bujały się w powietrzu. Wyglądało to dosyć śmiesznie i dlatego mama podstawiała jej zawsze podnóżek, żeby mogła na nim oprzeć nogi.