Rejzel lubiła u nas napić się herbaty z cytryną i przy tej sposobności otworzyć przed mamą serce. Skarżyła się na swoje dzieci, które ją często obrażają. Nie żałowała przekleństw pod adresem synowych i zięciów. Zgłaszała też pretensje do mamy, że ta nie stara się znaleźć dla niej, wdowy, jakiegoś porządnego kandydata na męża.
— Jestem przecież samotna jak ten palec — żaliła się, siorbiąc herbatę. — Jak długo można żyć bez męża? Jak długo?
— Ależ, Rejzel kochana — odpowiadała mama, skrzętnie kryjąc uśmiech. — Byłby to już, na psa urok, czwarty mąż.
— To co z tego? Czym taka stara?
— Wcale nie.
Rejzel nie była stara. Miała tylko czerwone, przepalone policzki, na których zawsze błąkał się uśmiech. Miała też cienkie, łakome wargi i dużo okrągłych bruzd na miękkiej fałdowanej szyi. Chodziła krokiem tanecznym, wyrzucając nogi do przodu. Zarówno zimą, jak i latem miała pretensje do Pana Boga za to, że zsyła na ziemię upał lub chłód.
Rejzel nie przepadała za piękną Karoliną i oszustem Rudolfem.
— Banialuki — oświadczyła twardo. — Ten cały Rudolf ze swoją Karoliną Szmaroliną. Niewarci są złamanego szeląga! Przecież to nieprawda.
I oto ta Rejzel wpadła do nas bardzo wzburzona i rozdygotana.
— Frumet!