Ale mama również dowiedziała się o wystawieniu sztuki Sprzedanie Józefa, które ma się odbyć w weselnej sali Josla. Kiedyś zdążyła przeczytać tę sztukę w jednej z książek. Zaraz też po ślubie z pierwszym mężem zobaczyła to przedstawienie w wykonaniu Śpiewaków Brodzkich. Wtedy, powiada mama, warto było zapłacić za bilet. Dzisiaj jednak wątpi, czy ktoś potrafi tę sztukę tak wystawić, jak owi Brodzcy Śpiewacy. Nie wierzy, żeby to się udało. Co wart bowiem taki cadyk Józef w wykonaniu, pożal się Boże, Jankiela?
W przedstawieniu Brodzkich Śpiewaków cadyk Józef miał jedwabną brodę i twarz taką, że chciało się patrzeć.
— A ten twój Jankiel — dodaje mama — ma całą twarz obsypaną piegami.
— Słusznie! — mama z pewnością ma rację, ale ja przecież tamtych Śpiewaków Brodzkich nie widziałem. Dla mnie Jankiel wystarczy.
— Skoro tak chcesz, to pójdę z tobą — powiedziała mama.
Przez cały tydzień nie zmrużyłem oka. W wyobraźni widziałem macewę, którą opisał mi Jankiel, Szewę krawcową i samego Jankiela. Skąd on jednak weźmie taką czarną, jedwabną bródkę?
W sobotę, podczas modlitwy, pomyślałem, że to nie Jankiel powinien grać rolę cadyka Józefa, ale Mendel, syn wuja Ben-Cijona.
Józef z pewnością będzie śpiewać, a kto ma taki wspaniały głos jak Mendel? Jeden tylko szkopuł. Mendlowi zapewne nie przystoi grać razem z blacharzem Nutele i szwaczką Szewą.
Ale co tu rozmyślać, skoro już dzisiaj wieczorem odbywa się przedstawienie. Szkoda tylko, że dzisiejszy sobotni dzień trwa tak długo. Ciemnoczerwone słońce nie chce jakoś zejść z naszych szyb.
Tato przeciąga sobotnią ucztę ponad zwykłą miarę. Nie stuka jak zwykle nożem w stół. Trzyma w ręku nóż z ostrzem skierowanym ku zachodzącemu słońcu. Zdaje się, że modlitwa zamykająca ucztę spływa płaczem z noża.