— On też ma bilet?
— Oczywiście.
— No to chodźcie.
Zaprowadził nas na uliczkę Szpitalną. Tam wpuścił nas do piwiarni, w której przy dużych kuflach z pianą po wypitym piwie siedzieli goje. Potem weszliśmy na ciemne podwórko przesycone krowim zapachem. Mojszele wprowadził nas na ciasne, szare schody i oświadczył:
— Przejdźcie tędy.
Weszliśmy do pomalowanej na niebiesko kuchni, w której tęga, szeroko zbudowana Żydówka mieszała drewnianą łyżką w garnku. Rudy Żyd z mokrą brodą ślęczał przy świetle ogarka nad Księgą. Tęga Żydówka szła za nami i podpowiadała:
— Prosto! Prosto!
W ten sposób weszliśmy do sali Josla. Ogarnął nas zapach potu zmieszany z landrynkami i skórkami od pomarańczy. Publiczność siedziała na długich, drewnianych ławkach. Dziewczęta miały ręce zarzucone na ramiona młodzieńców. Żyd z brodą stał oparty o ścianę. Kobiety delektowały się kawałkami strudla, wyjętymi z przyniesionych ze sobą serwetek.
Przedstawienie jeszcze się nie zaczęło. Miejsce, na którym zawsze stoi pluszowy fotel oblubieńców przypomina teraz gojskie okno w czasie świąt. Duża lampa owinięta czerwonym papierem wisi nad macewą. Sama macewa zbita jest z desek i pomalowana wapnem.
Dwa pokrzywione jelonki o pyszczkach płaczących kotów trzymają przednimi nóżkami koronę rodałów64. Przy ich tylnych nóżkach jest wypisane czarno na białym: „Tu leży pochowana matka Rachela”.