Wyobrażam sobie, jak pięknie to będzie wyglądało, kiedy za chwilę zobaczę na scenie Jakuba oraz jego synów, którzy sprzedali swego brata Józefa Izmaelczykom. Zobaczę, jak umoczą we krwi jego pasiastą koszulę i zaniósłszy ją ojcu powiedzą, że ukochany jego syn Józef został pożarty przez dzikie zwierzę.

I kiedy puszczam wodze mej fantazji, ukazuje mi się właśnie przy macewie matki Racheli wysoki Żyd z długą, rudą brodą zrobioną z konopi, ubrany w biały kitel ze srebrnym haftem.

W ręku trzyma długą, wykrzywioną laskę. To ta sama laska, za pomocą której Mojżesz rozdzielił Morze Czerwone i wydobył wodę ze skały. Po sali przeszedł szmer:

— Praojciec Jakub.

Ławki zaczynają skrzypieć. Niektórzy kładą głowę na ramiona sąsiadów. Ktoś zwraca głośno uwagę tym, którzy bez przerwy gadają. W odpowiedzi słyszy, że jeśli mu się nie podoba, to może sobie uszy zatkać. Na to ten replikuje, że jeśli mowa o uszach, to niech ich sami pilnują, bo mogą je stracić.

A praojciec Jakub nadal stoi przy grobie matki Racheli i czeka, aż sala się uspokoi. Im dłużej jednak stoi, milczy i patrzy zza rudych rzęs, tym głośniej ludzie na sali kłócą się i przepychają.

Wtem praojciec Jakub uderza w ziemię laską Mojżesza i wydaje dźwięk podobny do pomruku lwa.

— Cicho tam! Do wszystkich diabłów, sza!

Natychmiast robi się cicho. Praojciec Jakub podnosi laskę i tak powiada:

— Słuchajcie ludzie! Słuchajcie kobiety i mężczyźni! za chwilę pokażemy wam: