I bracia wzięli Józefa i wtrącili go do dołu-pułapki na lwy, który wykopany był tuż za macewą matki Racheli. Dokończywszy tego dzieła bracia zasiedli do uczty. A kiedy jedli i pili, wyłonili się z drugiego pokoju Izmaelici. Było ich siedmiu. Wysocy, z dużymi lnianymi brodami, czerwonymi nosami i białymi, z ręczników zrobionymi, turbanami na głowie.

I znowu wystąpił Szymon. Ukłonił się nisko przed kupcami izmaelskimi i tak przemówił:

— Szanowni panowie z dalekiego kraju! Chcemy wam sprzedać Józefa. I jako że życie kochacie i świat, za takiego młodziaka dacie nam dwadzieścia talarów w srebrze.

Izmaelici nie targowali się. Od ręki zapłacili dwadzieścia talarów w srebrze.

Widocznie leżący w dole Józef usłyszał to wszystko, bo zaczął stamtąd śpiewać:

— Matko, matko, ratuj w potrzebie,

bo samemu nie dam rady.

Wpłyń na mych braci,

by bratu zła nie czynili!

Zrobiło mi się zimno. Sądzę, że wszystkim na sali zrobiło się zimno. Zza macewy wyłoniła się biała postać w długiej koszuli, z woalką na twarzy, niczym panna młoda podczas uroczystości ślubnej.