— Lejzorze, przestań. Mówię ci, daj spokój. Jeśli nie przestaniesz, opuszczę dom i nie będziesz nawet wiedział, gdzie spoczną moje kości.

Ojciec zacisnął wargi. Wrócił do pokoju z opuszczonymi, jakby martwymi rękami. Po drodze rzucił jeszcze brzydkie słowo pod adresem Tojby. Właściwie było to nie słowo, ale kamień. Poczułem ból w skroniach. Mama poruszyła ramieniem, jakby ją coś ukłuło.

— Mendel — powiedziała do mnie — leć za nią i powiedz, żeby zaczekała.

Na dworze było zimno. Na progu sieni siedziała Tojba, skulona w kłębek.

— Tojbo — powiedziałem, przysiadając się do niej — mama kazała ci czekać.

Poczułem na twarzy rękę Tojby.

— Jesteś może głodna, co?

— Nie, nie jestem głodna — odpowiedziała suchym, słabym głosem.

— Mam tu prezent purimowy, może chcesz, Tojbo?

— Nie, Mendelku, bardzo ci dziękuję.