— Mam pomarańczę. Weź, jedz!
— Nie trzeba, Mendel, zanieś to tam gdzie trzeba.
Od ogrodu wiał wiatr. Niebo było niemal czerwone. U starego strażnika w domu zaszczekał pies. Szalech mones do Motl Sztroja już nie zaniosłem. Do ciotki Miriam również nie poszedłem. Siedziałem na dworze z Tojbą tak długo, aż drzwi po cichu otworzyły się i usłyszałem głos mamy:
— Mendel?
— Tak, mamusiu...
— Gdzie jesteś?
— Tutaj, z Tojbą.
Mama podeszła do nas. Pochyliła się nad Tojbą i powiedziała:
— Wejdź, Tojbo, on już śpi.
— Dziękuję, ciociu, ale ja już wolę tu poczekać.