— Nie mów głupstw. Wejdź, pościelę ci w kuchni.

— Serdecznie dziękuję.

— Później mi podziękujesz. Zapewne jesteś głodna?

— Nie jestem głodna.

— Wstań już. Jest przecież zimno.

Tojba nadal siedziała. Pies starszego strażnika znowu zaszczekał.

— Chodź, Tojbo — powiedziałem i czule pogłaskałem moją siostrę po twarzy — zjesz coś. Przecież mamy dzisiaj święto Purim.

Tojba zaczęła płakać. Poczułem jej łzy na dłoni. Kiedy znalazła się już w kuchni i mama pomagała jej zdjąć wierzchnie okrycie, Tojba przypadła do rąk mamy i zaczęła je całować.

— Przestań — zawołała mama — potem mnie będziesz całowała, a teraz zjedz coś.

Drzwi od kuchni do pokoju, w którym spał tato, były zamknięte. Mama podkręcała knot w lampie. Piękna twarz Tojby była teraz zielona. Policzki zapadłe. Z dawnej Tojby nic nie zostało. Tylko włosy się nie zmieniły. Granatowe z białym przedziałkiem pośrodku. Tak jak u pobożnych kobiet z bogatych domów.