Tojba pozostała w naszym domu. Ojciec chodził bardziej pochylony. Wychudłe ramiona stały się teraz szpiczaste. Zdaje się, że ze słuchem też było gorzej.
Z domu bogacza, u którego Tojba służyła, mama przywiozła jej kufer. Tojba nie otworzyła go. Nie chciała nawet wiedzieć, co w nim jest. Po domu chodziła milcząca.
Skoro świt, zanim jeszcze chłop zdążył zapukać w okno, zrywała się ze snu i po cichu zapalała pod kuchnią. Nikt nie słyszał, żeby rąbała drwa albo tarła zapałkę. Ogień jakby sam się zapalał. Śniadanie, które gotowała dla ojca, jakby samo się robiło.
Pewnego dnia ojciec zauważył to. Tego ranka wstał wcześniej niż zwykle. Wszedł do kuchni z tałesem na ramieniu. Tojba właśnie rozdmuchiwała ogień. Na fajerkach stał już garnek wody i miska obranych kartofli. Na jej widok zawołał:
— Nie, rozpustna dziewko! Nie wezmę do ust twego świńskiego jedzenia.
Śniadanie ojca pozostało na stole nietknięte. Szary opar rozszedł się po szybach. Po brzegu talerza łaziła mucha. Ojciec wyszedł z domu na czczo. Tojba siedziała na łóżku i płakała.
Od powrotu ze szpitala Tojba często płakała. Mama przeważnie przebywała u ciotki Miriam albo u babci Racheli. Tojba sama sprzątała, gotowała, szykowała wszystko na sobotę i płakała.
Kiedy ojciec spożywał posiłek, Tojby nie było w domu. Siedziała na progu za drzwiami. Dopiero po tym, jak ojciec wypowiedział błogosławieństwa i położył się spać, Tojba wchodziła do pokoju, sprzątała ze stołu i sama zabierała się do jedzenia.
Soboty od chwili przyjścia do nas Tojby, stały się smutne.
Nawet pieśni poobiednie ojciec wyśpiewywał w smutnej tonacji. Mama również smutno czytała Biblię kobiecą. Tojba przy stole nie siedziała. Ona sobotę spędzała w kuchni na żelaznym łóżku.