A Jankiel opowiadał o cielętach i kozach, które nie były cielętami, ale zamaskowanymi diabłami. Opowiadał o pewnym Żydzie wędrowcu, który pieszo przemierzał morza i oceany, nie umoczywszy połów swojej kapoty. Znał też bajkę o jakimś okrutnym rozbójniku, który nosił złoty pasek i złotą szablę.

Ten okrutny rozbójnik wziął siedem cesarskich córek i uczynił z nich nałożnice. Ich ojców — cesarzy zarżnął i sam stał się cesarzem sprawującym władzę nad całym światem.

Te siedem nałożnic urodziło mu po siedmioro dzieci — chłopców i dziewczynki. Każde z tych dzieci miało po siedmioro kolejnych dzieci i trwało to tak długo, aż cały świat zaludnił się dziećmi rozbójnika i dziećmi jego dzieci.

— Nawet nasi ojcowie i nasze matki — powiedział Jankiel — oraz nasze babcie pochodzą od tego rozbójnika, gdyby tak nie było, świat by nie istniał.

Jankiel swoje bajki opowiadał na pół po żydowsku, na pół po polsku. A posługiwał się językiem polskim po to, żeby Janinka, córka starszego strażnika mogła zrozumieć jego opowieści.

Janinka w ciągu zimy wyrosła. Na policzkach teraz miała dwa czarujące dołeczki, a o cerze można było powiedzieć: krew i mleko.

Nikt na to nie wpadł, ale ja doszedłem do wniosku, że Jankiel opowiada te bajki nie mnie i nie tym nowym kolegom, ale wyłącznie Janince. A ona siedziała u jego nóg i patrzyła na niego oczami pełnymi zadumy. Kiedy opowiadanie dobiegało końca, Janinka szturchała Jankiela w kolano i prosiła:

— Jankiel, opowiedz jeszcze jedną bajkę... Janinka cię o to prosi.

Kilka razy widziałem, jak Jankiel siedział z Janinką na koźle omnibusu i zajadali się czymś z jednej papierowej torebki.

Jankiel opowiadał mi kiedyś, że Janinka namawiała go do tego, żeby został gojem. Nie od razu, ale później, kiedy będzie dorosły. Jej ojciec, powiedziała, zrobi z niego strażnika. Pobiorą się i będą mieszkali na ulicy Spacerowej, tam gdzie mieszkają wszyscy goje.