Patrzyłem na Jankiela. Zdawało mi się, że jego oczy przybrały teraz błękitny kolor oczu Janinki. Nagle wyobraziłem sobie, że Jankiel to nie Jankiel tylko Boaz a Janinka to Rut.
Jedna tylko różnica. Nasze podwórze nie jest ornym polem, na którym rosną kłosy. Na tym podwórku Rut nie może wyjść do Boaza. Ale skoro Jankiel mógł być sprawiedliwym Józefem, to dlaczego nie może stać się Boazem?
Drugiego dnia święta Szawuot siedzieliśmy razem z Jankielem na podwórzu i patrzyliśmy na sad, gdzie słońce wisiało nad drzewem jak duże płonące koło. Jankiel pogniewał się z rodzicami. Powiedział mi, że rano spóźnił się na modlitwę do bóżnicy. Jego ojciec podszedł wtedy do niego i na oczach modlących się ludzi wymierzył mu tak siarczysty policzek, że Jankiel o mało nie zalał się krwią.
Jankiel oświadczył, że nigdy tego ojcu nie daruje. A ojciec doprowadzi do tego, że jeszcze ucieknie z Janinką. Będzie tak, jak było z Boazem i Rut.
Poczułem, że robi mi się gorąco. Wczoraj porównałem w myślach Jankiela i Janinkę do Boaza i Rut, i oto Jankiel użył tego samego porównania.
— Dobrze, ale Boaz — zauważyłem — nie wychrzcił się.
— Skąd wiesz?
— Co znaczy, skąd wiem? Przecież jest to napisane w Torze.
— A czy ja mówię, że się wychrzczę?
— A co innego zrobisz?