— Sądzę, że tak. Jest lato, zdarzają się różne choróbska.
Dopiero w środę zajechał przed dom chłopski wóz i młody goj, wysoki jak sosna, wszedł do mieszkania.
— Jadziem, czy nie jadziem?
— Jadziem — zawołał z radością w głosie tato i zwróciwszy się do Tojby, rozkazał — Ano zacznij wynosić rzeczy! — od powrotu Tojby ze szpitala był to pierwszy raz, kiedy ojciec zwrócił się do niej bezpośrednio.
Załadowaliśmy czerwoną pościel. Zabraliśmy ze sobą deskę do krajania makaronu. Do kubła mama wstawiła obie butelki z jagodowym sokiem. Wśród pościeli znalazły się talerze i miski. Słowem: żegnaj podwórze! I ty sadzie, i ty omnibusie bałaguły Jarme.
Tato musiał jeszcze pójść do swego wspólnika. Kazał zaczekać na niego przy rogatce. Mama nie chciała wsiąść do wozu. Nie będzie, powiedziała, trząść się na drabiniastym wozie po całym mieście. Dojdzie na piechotę do rogatek.
Na razie więc ja i Tojba siedzimy na wozie. Tojba usiadła na miękkich betach, plecami do młodego goja, ja zaś z przodu, przy koniu.
Nad podwórzem unosiło się arcyniebieskie powietrze. Dachy błyszczały od rosy. Wśród drzew sadu drżało niewyraźne słońce. Okno w mieszkaniu starszego strażnika zasłonięte było prześcieradłem. Widocznie Janinka jeszcze śpi. Jankiela też nie ma. Nie mam z kim się pożegnać.
Przecież jadę na wieś. Powinno mi być lekko na sercu, ale nie wiadomo dlaczego, jest mi jakoś dziwnie. Jarme z żoną wyszli na podwórze, żeby się z nami pożegnać. Garścią słomy wyciera rękę i powiada do mnie:
— Jedź z Bogiem i bądź człowiekiem, nie takim, jakim jest mój gagatek, Jankiel.