Żona Jarme całuje się z moją mamą. Życzy nam szczęśliwej podróży i wóz rusza. Ulice tchną chłodem, są na wpół puste. Na sklepach pozaciągane są jeszcze ciężkie żelazne kraty. Jakiś chłopak z chederu Szyme-Josefa wybiega z domu i woła:
— Mendel, dokąd jedziesz?
— Do Leniwy, na świeże powietrze!
Chłopak wygląda śmiesznie. Gdybym miał coś do powiedzenia i gdyby jego matka dała mu wałówkę na drogę, to przekonałbym ojca, żeby go wziął z nami na wieś. Tymczasem miasto odsuwa się powoli od nas. Ze wszystkich domów i dachów widzę już tylko gojski szpital i kępę drzew, która wygląda jak jedno wielkie drzewo. Zwarte, gęste słońce wisi już nad krzyżem kościoła bernardynów. Cienie topól przy szosie wypełzają na pola. Przestrzeń wokół nas otwiera się na oścież. Przy rogatce czeka już ojciec. Mamy jeszcze nie ma. Ojciec obmacuje bety. Ogląda wóz ze wszystkich stron. Sprawdza, czy sznury są mocne. Każe mi zdjąć chałacik, bo wkrótce będzie gorąco. Na mamę czekamy dość długo. Wreszcie zasapana i zgrzana zbliża się do nas. Przyszłaby wcześniej, ale musiała kupić parasolkę. Od parasolki pada na twarz mamy bladozielonkawe światło. W tym świetle mama wygląda jak grzyb. Na polach widać rzadko rozsiane drewniane domki ze słomianymi strzechami, które też wyglądają jak grzyby. Zboże kwitnie zielono. I oto wynurza się przed nami żydowski cmentarz. Tam, wśród drzew, leży nasz Mojsze. Mama zamyka parasolkę i w miarę jak oddalamy się od cmentarza, odwraca głowę ku niemu i długo, długo patrzy, aż otaczający go parkan coraz bardziej maleje, żeby na koniec roztopić się w upale dnia.
Przed nami drewniany mostek przerzucony nad rzeczką. Bose chłopki tłuką bieliznę kijankami. Nasz wóz zatrzymuje się. Chłop wyprzęga konia, żeby go napoić w rzece. Zsiadamy. Mama wzięła z wozu ciepłą herbatę, chleb z masłem, jajka na twardo i nawet wódkę. Rozsiadamy się nad wodą pod jedynym rosnącym tu drzewem i zabieramy się do śniadania. Tato małymi łyczkami pije wódkę. Chłop dostaje pełną szklankę. Jednym haustem wypija ją odrzuciwszy do tyłu głowę.
Mama moczy kawałeczek bułki w kieliszku. Ja zaś z Tojbą wypijamy po pół kieliszka. Nakarmieni i napojeni ruszamy w dalszą drogę.
Jest południe. Po łąkach łażą zmęczone, łaciate krowy. Jakiś chłop z ręką przystawioną do czoła patrzy w słońce. Słońce, duże i białe, parzy nasze ramiona.
Szosa jest pusta. Dzisiaj jest powszedni dzień. Dzisiaj nie jeździ się do miasta. Jakaś baba z koszykiem zjawia się na drodze. Jasnowłosy spocony Żyd ciągnie za ogon uparte cielę z żółtymi łatami. Nasz koń znowu staje.
— To Janiszów — oznajmia ojciec i złazi z wozu.
Cztery obłupane kolumienki podtrzymują ganek prowadzący do karczmy. Na spotkanie wychodzi wysoki Żyd z zielono-szarą brodą.