Szolem alejchem!

Alejchem szolem!

— Co słychać?

To jest Luzer, właściciel karczmy. Pomaga nam zejść z wozu i krzyczy w stronę ciemnych drzwi:

— Saro! Saro!

Wynurza się chuda wysoka dziewoja o niebieskich, trochę przestraszonych oczach. Mruży je teraz, jakby nagle wyszła z ciemności. Poznawszy nas, klaszcze w dłonie i woła:

— Oj, rety! Kogo ja tu widzę?

Za chwilę znika za ciemnymi drzwiami. Tu, w karczmie, dobrze znają mego ojca. Tu na jego widok radują się również nami. Witają nas i honorują jak swoich. Sara, córka długiego Luzera, która na bosaka wyszła na spotkanie z nami, paraduje teraz w sznurowanych bucikach i czerwonej bluzeczce. Wysokimi obcasami stuka w podłogę. Stawia na stół wazę z barszczem podbielanym śmietaną, duży bochen chleba z kminkiem, masło przez siebie ubite, ser i pyta, czy nie napilibyśmy się mleka prosto od krowy.

— Znaczy się — powiada długi Luzer do ojca — że jedziesz do Leniwy?

— Tak, zgadłeś.