— Za pół godziny będziemy na miejscu.

Byłem niespokojny. Co chwila zrywałem się z miejsca i stawałem na wozie, wypatrując bliskiej już Leniwy. Koń skręcił z szosy na polną, piaszczystą drogę. Wóz trzeszczał. Nasz chłop kilka razy zdejmował czapkę przed stojącymi na drodze kapliczkami z Matką Boską. Słońce skręcało za stodołę. Im bardziej zbliżało się do drugiej strony dachu stodoły, tym bardziej niebo wypełniało się roztopioną miedzią. Psy zaczęły ujadać za płotami. Krowy szły nam naprzeciw, zostawiając za sobą „placki”. Dalekim, opuszczonym dzwonieniem odezwał się dzwon kościółka. Z małych kominów wiły się w górze pasma dymu. Uderzył nas zapach jęczmienia zmieszanego ze świeżo wydojonym mlekiem.

Rozdział XXIII

Ojciec powiedział, że wynajął mieszkanie w Leniwie u znajomego chłopa. Duże mieszkanie z dwoma oknami i gankiem.

Kiedyśmy jednak przybyli do tego znajomego chłopa, okazało się, że nie spodziewał się nas dzisiaj. Tamten kupiec, czyli Motl Sztroj, powiedział mu, że powinniśmy przyjechać do Leniwy dopiero w przyszłym tygodniu. Ale nic się nie stało. Tę noc prześpimy w stodole, a jutro postara się opróżnić dla nas chałupę, w której będziemy mogli spędzić całe lato. Mama zamknęła się w sobie. Milczała. Nie wiadomo było, czy ze złości, czy ze zmartwienia.

Nad wsią zalegała już noc, ale mama nie zamierzała zamknąć parasolki. Ojciec miał pretensje do chłopa:

— Co to znaczy, że nie spodziewałeś się naszego przyjazdu? Przecież wyraźnie ci powiedziałem, że dzisiaj przyjedziemy.

— Ale tamten kupiec coś innego mi powiedział.

Pies wyrywał się ku nam z budy. Dwaj mali, jasnowłosi chłopcy schowali się za ścianą chałupy i stamtąd ukradkiem wystawiali zaciekawione twarzyczki. Żona chłopa, młoda, o dużych, obfitych piersiach, wyniosła z chałupy dwa krzesełka i wytarłszy je fartuchem, powiedziała:

— Proszę, niech państwo siądą...