Dla mnie krzesła nie przyniosła. Obym większego zmartwienia nie miał. Na stojąco lepiej widać niebo z gwiazdami. Nigdy takiego czarnego nieba z tak wieloma gwiazdami nie widziałem. I co z tego, że prześpimy się w stodole? Mnie się zdaje, że mama powinna być z tego zadowolona. Zawsze się spało w łóżku z pchłami i pluskwami, to choć raz spróbujemy przespać się na świeżo skoszonym sianie. To musi być niesłychanie fajne.
Tojba powiedziała mi, że nie ma większej przyjemności od zanurzenia głowy w świeżym sianie. To jakby człowiek leżał między winogronami i jabłkami. Ale ja nie znam zapachu winogron. Kiedy u ciotki Noemi odmawiano błogosławieństwo nad winogronami, u nas zadowalano się śliwkami. Jak by nie było, przespałem tę noc w stodole kamiennym snem. Kiedy otworzyłem oczy, zobaczyłem, jak przez szpary w ścianach wpadały niebieskie pasemka dnia. Ojca już w stodole nie było. Zaspany uświadomiłem sobie, że nie obudziło mnie pukanie chłopa w okno.
I oto siedzę na zmiętym, wygrzanym sianie. W ciemnym wysokim budynku latają jaskółki. W kącie siedzi mama. Już bez parasolki. Wtulona jak kura we własne pierze. W ustach trzyma lok peruki.
Opodal wygrzebuje się z siana Tojba. Na jej głowie jest teraz więcej siana niż włosów. Ziewa, ręce rozrzuciła na boki.
— Spałaś? — pyta ją mama.
— Spałam.
— A ty Mendel?
— Bardzo dobrze.
— Pchły cię nie gryzły?
— Jakie pchły? Gdzie tam pchły?