Powoli para nad łąkami zaczyna rzednąć. Z nisko osadzonych kominów wydobywają się niebieskie smugi dymu. Znak, że w chałupach gotują już w saganach kartofle i barszcz.
Wieś nie jest duża. Około dwudziestu chałup, zbitych jedna przy drugiej, jak mocne, wypełnione worki. Od rana do nocy chałupy są puste. Wszyscy pracują w polu. Dźwięk ostrych kos rozbrzmiewa z bliska i z oddali. Jedno cięcie, drugie cięcie i wilgotna trawa wiernopoddańczo kładzie się jak żywa istota, która nagle zachorowała.
Ojciec modli się w lesie. Ma na sobie tałes i tefilin. W tałesie jest jakby wyższy. Kiwa się i kołysze. A słowa jego modlitwy jakby wkołysały się w wysoką starą sosnę, przed którą stoi. Takiej modlitwy sosna jak długo jest sosną, nigdy jeszcze nie słyszała. Gdzieś w głębi lasu daje o sobie znać kukułka. Młode siksy74, zaharowane, podnoszą głowy, opierają się na chwilę o grabie i liczą, ile razy zakuka kukułka. Dzięki temu wiedzą, jak długo pozostaje im jeszcze czekać na przyszłego męża oraz ile dzieci Bóg im podaruje, jako też, jak długo będą żyły.
W południe, kiedy białe, rozpalone słońce parzy niemiłosiernie, z chałupy wynosi się w glinianych naczyniach-dwojaczkach jedzenie dla pracujących na łąkach mężczyzn. W tym samym czasie Tojba również zjawia się na łące z podwójnymi garnkami. Tojba jeszcze bardziej zbrązowiała niż mama. Na głowie nosi chłopską, kwiecistą chustę. Tu, na wsi, wyrosła i stała się kształtniejsza od mamy. Chodzi nawet jak chłopka, na bosaka. Uśmiech nie schodzi z jej twarzy. Kołysze się w biodrach niczym źrebak.
Mama z nami nie jada. Powiada, że jej nie wypada jeść na łące. Musi mieć stół i obrus. Do jedzenia potrzeba jej widelca, noża i łyżki. Poza tym nie lubi, kiedy obcy zaglądają jej do garnka. Trudno, niech je sama w domu. Gdyby jednak zapytała mnie o zdanie, to powiedziałbym, że nigdy jeszcze jedzenie tak mi nie smakowało jak właśnie w polu, wśród chłopów i siks. Odkładają na bok kosy i grabie. Rozsiadają się na trawie, w cieniu rosnącego zboża albo w lesie pod drzewem. Rozpalone słońce zagląda do garnków. Las szumi jakby zatroskany. Co chwila przelatuje inny, różny od poprzedniego ptak. Słychać coraz inny świergot. Słychać, jak ludzie gryzą i żują.
Ojciec tak samo jak chłopi chodzi boso, w rozchełstanej koszuli. Jest opalony. Czerwono-szara broda czyni go przystojniejszym. Siedzi razem z parobkami i siksami. Chłopi żegnają się znakiem krzyża, ojciec odmawia błogosławieństwo.
Mama zjawia się na polu, kiedy słońce minęło już środek nieba. Przychodzi późno, kiedy już nie ma rosy na trawie, kiedy kukułka już swoje odkukała i kiedy nie czuje się już sytego zapachu spalonego drewna w pasmach dymu ulatującego z kominów. Przychodzi z parasolką. Siada w cieniu na skraju lasu i zaczyna czytać swoje książeczki. Doprawdy nie wiem, po co mamie potrzebne są teraz książki. Dobrze jest czytać zimą, kiedy szyby pokryte są szronem, a w domu bije od pieca ciepło. Niechby lepiej popatrzyła na to, jak ja spędzam z Piotrkiem i Jankiem dzień na polu. Tarzam się w skoszonej trawie. Włażę na stogi. Pomagam w grabieniu siana. I oto chłop daje mi do ręki kosę i uczy, jak się nią obchodzić. Kosa jest za duża dla mnie. Ciąży trochę ku dołowi, ale ja staram się pracować. I oto zjeżdżam ostrzem kosy w nogę. Spada wiązka trawy zroszona moją krwią.
Na ten widok mama zrywa się z krzykiem. Nie potrzebuje wsi. Czego ojciec chciał od niej. Z zamożnej pani, która miała w drzwiach mosiężne klamki, stała się chłopką. A na dodatek musi jeszcze być świadkiem skaleczenia mojej nogi i to tej samej nogi, w którą ugryzł mnie pies.
Ojciec spokojnie wytłumaczył jej, że wieś nie jest winna mego skaleczenia. Winien jestem ja, bo łażę, gdzie nie trzeba. Niech przestanie lamentować, bo goje patrzą i zaczynają kpić. I rzeczywiście, po co ten krzyk, kiedy nic mnie nie boli. Przez jakiś czas kulałem trochę i podskakiwałem jak spętany konik, ale potem, kiedy zagoiła mi się noga, dosiadłem gniadego konia i razem z Piotrkiem i Jankiem harcowaliśmy jak doświadczeni jeźdźcy.
Nie. Moja mama nie ma racji. Tu w tym odludnym zakątku jest lepiej, niż tam w Końskiej Woli z mosiężnymi klamkami na drzwiach. Jest tylko jedno ale. Kiedy nadeszła sobota, ogarniał nas smutek i tęsknota kładła się ciężarem na sercu.