W piątek rano, zanim jeszcze tato i ja wstaliśmy, Tojba wybrała się do pobliskiego miasteczka, żeby kupić funt płotek, kawałek cielęciny i ze dwie chałki. Czulentu nie można było zrobić, a chociaż Tojba była w sprawach kulinarnych specjalistką, jedzenie sobotnie nie miało ani smaku, ani zapachu szabasowego. Brakowało stołu z białym szabasowym obrusem, dwóch posrebrzanych lichtarzy i żółtego piasku na podłodze. Brakowało nawet starej Pawłowej, która paliła nam w piecu. Tu na wsi wieczory piątkowe zapadały później niż w mieście. Nie było słychać trzasku zamykanych sklepów, nie widać było Żydów, którzy spóźniwszy się z łaźni, biegli z mokrymi pejsami i brodami do domów. Tak jak w każdy powszedni dzień, tak i w piątek rozdzwonił się dzwon w kościele. Tak jak zwykle wracają chłopi z grabiami i kosami na ramionach do domów. Idą i śpiewają swoje pieśni. Krowy muczą wieczorem, jak co dzień. Nawet słońce, które w piątek przed wieczornym zapaleniem świec wisi zazwyczaj radośnie u nas w mieście nad synagogą, tu jest jakieś blade, jakby mu zimno było. Nam, jedynym Żydom w Leniwie też było zimno, chociaż zapach faszerowanej ryby i pieczonej cielęciny grzał nasze podniebienia. Pod płomyczkiem oliwnej lampki Najświętszej Panny pachniało szabasowym jadłem, ale uroczystość świątecznego dnia obchodziliśmy w innym miejscu. Opaleni słońcem tygodnia i spoceni od pracy myliśmy się wodą z chłopskiej studni i nie żałowaliśmy mydła. Czyści, wymyci, uwolnieni od powszedniości i chłopskości sześciu dni pracy, wyszliśmy na łąkę, żeby odprawić szabas. Z jednej strony spokojnie kołysało się zboże, z drugiej las zapadał w niebieską drzemkę. Naszym sobotnim stołem była polana między lasem a żytem.
Mama rozpostarła na polanie stary obrus. Wetknęła w dwa kartofle dwie cienkie świeczki i odmówiła nad nimi błogosławieństwo. Nie na stojąco, jak w domu, ale na siedząco. Tu, na pustym polu pod gwieździstym niebem błogosławieństwo mamy nad świeczkami przejmowało nas większym wzruszeniem niż w domu. Modlitwa na cześć soboty, którą ojciec odmówił, miała w sobie więcej świętości niż w domu. Wyprostowany, ubrany w czystą kapotę, opasaną plecionym sznurkiem, zwanym gartl, witał ojciec nadchodzącą wraz z pierwszą gwiazdą na niebie sobotę. Słowa modlitwy Idź oblubieńcze na spotkanie soboty i Zaśpiewają Bogu rozbrzmiewały echem w ciemnym lesie. Teraz na tym polu ojciec nie przypominał owego Luzera z drzemiącymi szarymi oczami, który nie wymagał od życia więcej, niż mu los przeznaczył. Nie był handlarzem siana, który żył z wędrownego handlu. Nie był też „panem kupcem”, który na bosaka w lnianych portkach pomagał chłopu w polu. Teraz ojciec był Żydem Pana Boga. Jednym z tych, którzy wyszli z Mojżeszem z Egiptu i stali pod górą Synaj.
Nabrałem wielkiego szacunku do ojca. Wtórowałem mu w śpiewie i w modlitwie. I chociaż Piotrek i Janek, moi wiejscy koledzy, po cichu podśmiewali się z nas, czułem, że teraz jestem większy i silniejszy od nich. Zauważyłem też, że Tojba również żywi do ojca ogromny szacunek.
Stał się na wsi zupełnie innym człowiekiem. Nie złości się i nie krzyczy na nią. Przyjmuje od niej jedzenie. Nieraz patrzy na nią długo i ciepło.
Sama Tojba też się zmieniła. Pachnie świeżym powietrzem i słońcem.
— Tatusiu — powiada do niego, kiedy spoconemu od pracy przynosi jedzenie. — Masz, posil się.
Tato zostawia wszystko i podchodzi z córką do lasu. Patrzy z zadowoleniem na jej opalone, brązowe mocne nogi, na całą postać. A w sobotę po obiedzie, kiedy zażywa odpoczynku na skraju lasu i po cichu odmawia wersety z Pisma, nagle przerywa i powiada do mamy:
— Co powiesz o Tojbie?
— Co mam powiedzieć?
— Dziewucha, bez uroku, jak dąb...