I po chwili dodaje:
— Gdyby mi się trafił jakiś przyzwoity kandydat do jej ręki?
— Tu, w Leniwie? I do tego jeszcze przyzwoity?
— Świat jest wszędzie taki sam.
— W Leniwie są sami goje.
Tato nie odpowiada. Odmawia z pamięci dalsze wersety i po kilku chwilach odzywa się znowu:
— Szkoda mi dziewczyny.
— Kto jej kazał? — zapytała szeptem mama.
Z lasu wychodzi Tojba. Ubrana w sobotnią suknię, wypoczęta. Na ramieniu ma kwiecistą chustę. Jest piękna. Kwitnie, ale w jej oczach czai się smutek. Nie ma tu na wsi nikogo. Wszyscy kawalerowie rzucają na nią spod daszków czapek płomienne spojrzenie, ale ona stara się ich nie zauważać. Cały tydzień pracuje ciężko w chałupie. Śpi zdrowym snem, oddychając głęboko. Czasami wierci się jednak na posłaniu i mówi przez sen. Po obiedzie błąka się po lesie albo wśród łanów zbóż. Wygląda, jakby kogoś szukała albo na kogoś czekała. A może rzeczywiście się doczeka?