Było to na początku tygodnia. Tojba gotowała jedzenie na kolację. W polu praca wrzała. I nagle powiał lekki wiaterek. Wysoko na niebie ukazał się mały obłoczek. Trzeba było podnieść głowę i dobrze wpatrywać się w niebo, żeby można było go dojrzeć. Chłopi wytężywszy wzrok stwierdzili, że trzeba przyspieszyć pracę, albowiem zbiera się na burzę. I zaraz wzrosło tempo pracy. Z rozgrzanych ciał lał się pot. Obłoczek zaczął powoli rosnąć. Przesunął się po niebieskim łuku w kierunku jednej z chat. Można było w nim dojrzeć niebieskie błyski. Słońce kilka razy chowało się pod dużym szerokim cieniem niczym pod chłodnym prześcieradłem. Od lasu powiał wiatr. Rozległ się niespokojny pomruk. Ptaki w popłochu zaczęły krążyć nad zbożem. Gdzieś zarżał koń. Z chałupy wybiegła chłopka z zakasanymi rękawami i zaczęła szybko zdejmować z płotu bieliznę. Niebieski cień obłoku, pod którym chowało się słońce, padał teraz na stogi siana. Od suszy unosiły się kłęby pyłu wymieszane z liśćmi, które spadły z drzew. Chłopi zostawili ściętą trawę na łasce losu, a sami chwyciwszy grabie i kosy biegli do pobliskiego kościółka albo do domów. Moja mama uciekła do domu, zaraz po pierwszym dolatującym z lasu pomruku. Ja z ojcem zostaliśmy na polu. Liczyliśmy na to, że burza przejdzie bokiem i ominie nas. I nagle od jednego krańca nieba do drugiego wybuchło gorące niebieskie światło błyskawicy. W chwilę po tym las rzucił w nas pierwszym piorunem. Nie miało sensu dłużej czekać. Ja i ojciec złapaliśmy to, co było pod ręką i zaczęliśmy biec. Za nami biegł drugi piorun. W odróżnieniu od pierwszego, który był jakby okrągły i długotrwały, ten był szpiczasty i krótki. Zdawało mi się, że biegł tuż tuż przy nas. Na podniebieniu osiadł nam zapach siarki.
Biegłem i odmawiałem błogosławieństwa. I nagle niedaleko naszej chaty spadł na nasze głowy ulewny deszcz. Siekł nas z góry i z boku uplecionymi z wody biczami. Tojba wybiegła nam naprzeciw z workiem. W mig zarzuciła mi worek na głowę, schwyciła za rękę i wciągnęła do chaty. Ojciec dotarł do chaty w kilka minut później. Był przemoknięty. Z brody lała się woda. Koszula była przylepiona do ciała.
W oknach sąsiednich chat stały krzyże. U kowala nagle zerwał się parkan. Porwany wichrem poszybował w powietrzu, żeby potem z łoskotem spaść na ziemię. Nikt nie ruszył się z domu. Cała wieś jakby wymarła. Ale oto pokazał się człowiek. Jeden na całym tym wodą zalewanym obszarze. Biegł z opuszczoną głową. Ledwo dysząc wpadł na ganek naszej chaty. Skąd się wziął? Chyba razem z deszczem spadł z nieba. Był chudy jak szczapa, bosy. Miał na sobie długą, czarną kapotę, która błyszczała teraz jak czarna blacha. Z ramion zwisała mu para powiązanych ze sobą butów wypełnionych wodą. Sam zresztą wyglądał jak stary but.
— Niech będzie pochwalony... — powiedział zgodnie z chłopskim zwyczajem i chłopską polszczyzną.
— Na wieki wieków — odpowiedział tato również po chłopsku — a skąd to człowieka niesie?
Przybysz podniósł głowę. Ukazała się chuda, wymizerowana, o wystających kościach policzkowych twarz. Wszyscy spojrzeliśmy na niego z uwagą, a tato po chwili skupienia po cichu go zapytał:
— Zdaje się, że Żyd?
— Oczywiście. A jakże inaczej?
Żyd strząsnął z siebie wodę, niczym pies, który wyszedł z rzeki.
— Szolem alejchem — powiedział do niego ojciec, podając mu rękę.