Zrzucił z ramion buty, z których wyciekło sporo wody. Z trudem udało mu się zdjąć kapotę. Pozostał w starej, podartej, niezapiętej kamizelce.

— Czym się Żyd zajmuje?

— Naprawianiem butów.

— Znaczy szewc. Ale skąd szewc znalazł się tutaj w takim deszczu?

— Nie po raz pierwszy jestem w tej okolicy. Chodzę po wsiach i reperuję buty. A że nie jestem prorokiem, więc nie mogłem przewidzieć, że znajdę tu Żyda. Ale proszę mi wierzyć, że bardzo się cieszę.

Szewc miał rzadką bródkę i chude żylaste ręce. Mówił po żydowsku z akcentem litewskim. Uśmiechał się przy tym i pokasływał. Tojba zapaliła lampę. Na ścianach pokoju zakołysały się ciepłe cienie. Mama marszcząc twarz spoglądała z boku na przybysza. Spoglądała tak, jakby nie mogła uwierzyć w to, że ktoś mógł w taką pogodę przyjść i że to, co mówi, jest prawdą. Burza ucichła. Na dworze jakby się uciszyło. Ubranie szewca zdążyło trochę wyschnąć. Zamierzał właśnie nas opuścić, ale mama powiedziała, żeby został na kolacji. Przy stole opowiedział nam, że nie pochodzi z tych stron. Rodem jest z Brześcia nad Bugiem. Jest jeszcze kawalerem. Matki nie ma. Tu w Polsce Kongresowej nie ma nikogo. W Lipsku, w Niemczech, ma ojca, który jest przełożonym jesziwy75.

— Jak to? Jakim sposobem syn przełożonego jesziwy jest tylko szewcem?

Przybysz odpowiada na to, że sam nie wie, jak to się stało. Fakt, że w rodzinie było, bez uroku, dużo dzieci. Dużo chłopców i dużo dziewcząt. A żyć trzeba, choć pieniędzy nie ma. Więc macocha oddała go do terminu u szewca. Mama przestała krzywić twarz. Już nie patrzy na niego z boku. Słucha go teraz z uwagą.

— Jak się nazywa pański ojciec? — pyta go ciepłym głosem.

— Jakow Icchak.