— Skoro mieszka w Niemczech, to zapewne zna niemiecki?
— Zapewne, bo jakże inaczej?
— A pan jak się nazywa?
— Wolf.
Pan Wolf! A to ci dopiero! Mój tato ma dwóch zięciów, którzy nazywają się Wolf. Jeden jest rzeźnikiem, a drugi naprawia koła i podkuwa konie. A tu szewc, mówiący z akcentem litewskim, z uśmieszkiem na jednym policzku, nazywa się Wolf, to rzecz zadziwiająca. Mamie widać imię Wolf nie przypadło do gustu, bo na drugi dzień mówiła o nim „szewczyk”. I tak już zostało na zawsze. Owej nocy szewczyk nie opuścił naszego domu. Pościelono mu w komórce, w której stała beczka z kiszoną kapustą i gdzie gnieździły się kury.
Przed udaniem się na spoczynek litwak ładnie podziękował. Patrząc na nasze bose nogi zapytał, czy czasem nie chcielibyśmy naprawić butów. Jest dobrym rzemieślnikiem. Przez jakiś czas nawet pracował w Warszawie.
W nocy Tojba wierciła się niespokojnie na posłaniu. Mama kilka razy zapytała ojca:
— Lejzorze śpisz?
Ale tato głośno chrapał. Zdaje się, że tej nocy tylko on spał dobrze. Ja też wierciłem się, myślałem, że ten szewczyk, który śpi w komórce jest jednym z owych trzydziestu sprawiedliwych, dzięki którym świat istnieje. Sprowadziły go do nas pioruny i błyskawice. Ma ojca, przełożonego talmudycznej wyższej szkoły. Jaki szewc ma takiego ojca? Poza tym to, że w domu zapanował dziwny niepokój i to, że Tojba wierci się bez przerwy na posłaniu nie może być bez przyczyny.
Rano, kiedy tato umył ręce i mama jeszcze sennym wzrokiem wyglądała spod kołdry, szewczyk był już gotowy do drogi. Stał w pokoju z butami zawieszonymi na ramionach. Jeszcze raz podziękował za gościnę. Do butów dołączył parę pantofelków, które mama dała mu do naprawy.