Twarz Tojby pochylona była nad garnkami. Miała teraz na sobie nie swoją zwykłą czerwoną barchankę, ale długą suknię. Nie paradowała na bosaka, ale w sobotnich sznurowanych bucikach. Wysmukła, szczupła, wysoka sprawiała dobre wrażenie. Szewczyk, głosem dobrze wyspanego człowieka, prowadził rozmowę z mamą i ojcem, ale wzrok miał utkwiony w kuchni, gdzie Tojba szykowała śniadanie. Właściwie patrzył na pantofle Tojby, gdyż na odchodnym powoli zapytał:
— Czy pani te pantofle kupiła w sklepie, czy zamówiła u szewca?
Tojba jeszcze bardziej pochyliła się nad kuchnią. Zaczęła rozdmuchiwać ogień pod fajerkami.
— Pani koniecznie potrzebne są nowe pantofelki — oświadczył ze znawstwem szewczyk.
— A kto ma pieniądze na pantofelki — odpowiedziała Tojba, jeszcze bardziej pochylając się nad fajerkami.
— Nie trzeba pieniędzy. Zrobię je pani bez pieniędzy.
Tojba nie odpowiedziała. Szewczyk pożegnał się po raz trzeci i czwarty i wyszedł. Zdawał się być mniejszy i cięższy niż wczoraj, kiedy przybył. W pokoju pozostało po nim echo litwackiego, suchego żargonu. Tojba wyprostowała się. Ojciec szykował się do wyjścia w pole.
Szewczyk był już zapewne daleko od naszej chaty, kiedy mama nagle przerwała milczenie:
— Lejzorze, a może by tak zaprosić szewczyka na sobotę?
Ojciec nie dosłyszał. Myślami był już na łące, przy stogach siana. Ale ja, jako że byłem już ubrany, powiedziałem, że pobiegnę za nim i zaproszę go na sobotę.