— Nie waż się — nagle tato dosłyszał. — Nie trzeba.

— Dlaczego nie trzeba?

— Przecież to szewczyk.

— A szewc to nie człowiek? Przecież słyszałeś, że jego ojciec to przełożony jesziwy.

— Grosza nie dam za tego przełożonego jesziwy. Jakiś tam Lipsk. A gdzie ten Lipsk leży?

— Gdzie leży, to leży. Mniejsza o to, ale na sobotę trzeba go zaprosić.

— Jak sobie życzysz. Możesz go zaprosić.

— A co ty Tojba na to?

— Co mam powiedzieć?

Na dworze pachniało żywicą. Szewczyk zdążył już dojść do dużego drewnianego krzyża na rozstajnych drogach. Zacząłem głośno krzyczeć: