— Co to pana obchodzi?

Serdecznie się uśmiechnął. Zupełnie nie tak, jak powinien śmiać się litwacki szewczyk. Powiedział, że jak Bóg da, to zjawi się w sobotę. Prosił pozdrowić moją siostrę, ojca, a szczególnie mamę.

Do soboty było jeszcze daleko. Tojba chodziła zamyślona. Codziennie wkładała sznurowane, ciężkie buciki. Wiele razy mama zabierała ją na daleki spacer w pole. Wracały późno razem z kosiarzami, którzy skończyli robotę w polu. Tojba cały czas milczała. Natychmiast po kolacji kładła się spać.

W piątek zdawało mi się, że Tojbę opanowała gorączka. Ciało jej płonęło. Piekła duże, żółte chały. W mieście kupiła dużą płaską, śniętą rybę. Przed błogosławieniem świec umyła się pachnącym mydłem przy studni na dworze. Przebrała się w sztywną, nakrochmaloną suknię. Wyglądała uroczyście. Tak jakby ona miała odmówić błogosławieństwo nad świecami, a nie mama.

Szewczyk zjawił się po zapaleniu świec. Przywiózł pięknie naprawione pantofelki mamy, które błyszczały pełnym blaskiem. Sam szewczyk też błyszczał. Na głowie miał już nową czapeczkę z dobrego czarnego sukna. Kapota czysta, długa aż do pięt. Kamasze z dużymi lakierowanymi noskami. Nie był to już taki sobie szewczyk, ale porządny, przyzwoity młodzieniec z dobrej rodziny.

Owego piątkowego wieczoru trzej Żydzi witali w polu sobotę. Mój ojciec, nasz gość i ja.

Mój ojciec tym razem bardziej niż zwykle rozkoszował się modlitwą. Szewczyk stał prosto. Modlitwę na cześć soboty odmawiał głośno i wyraźnie. Cyzelował każde słowo. Oddzielnie je wymawiał. Każde słowo padało jak rozłupany orzech.

Mama przysłuchiwała się ze znajomością rzeczy. Usta miała ściśnięte, jakby trzymała w nich smakołyk, którego nie chciałaby utracić.

Tojba była głęboko zasłuchana. Trudno było powiedzieć, czy słuchała szumu lasu, czy hebrajskich, po litwacku brzmiących, słów. Kidusz odmówił szewczyk także na sposób litwacki.

Następnego dnia ucztę sobotnią odprawiono w lesie. Na łące chłopi pracowali pod palącym słońcem. Zmęczone krowy, uciekając przed żarem i muchami, wlazły do lasu. Szewczyk głośno śpiewał Zmires. Tato mruczał pod nosem. Na obrusie bzykały duże, niebieskie muchy. Wokół łaziły biedronki. Nikt ich nie odganiał. Wszyscy przecież zasłuchani byli w piękną, litwacką pieśń Zmires.