Po obiedzie, kiedy Tojba sprzątnęła już wszystko z obrusu na trawę, litwak znowu opowiadał o swoim ojcu, głowie jesziwy. Powiedział, że ojciec pisze do niego listy po hebrajsku i w każdym liście pyta, dlaczego się nie żeni. Jak długo ma zamiar czekać?

On sam też nie wie, jak długo ma czekać z żeniaczką. Sęk w tym, że nie spotkał właściwej partnerki. Jest dobrym i solidnym rzemieślnikiem. Zdążył nawet zaoszczędzić trochę pieniędzy, ale szewstwo, powiedział, nie jest zajęciem przynoszącym zaszczyt.

— A jak z wojskiem? Z obowiązkiem służby wojskowej? — zapytała mama, nie odrywając oczu od książki.

— Wojska się nie boję — odpowiedział szewczyk — bo jestem zwolniony od służby wojskowej.

O nic więcej go nie pytano i on również nic więcej nie mówił.

Wieczorem po pożegnaniu soboty, czyli po Hawdali, szewczyk poprosił Tojbę, żeby mu pozwoliła wziąć miarę na pantofelki, które zamierzał dla niej zrobić.

— Zbliżają się święta — powiedział — to jak się pokażesz w mieście w swoich bucikach?

Tojba płonęła ze wstydu. Stała z opuszczonymi oczami. Ja nie rozumiałem, dlaczego się wstydzi, dlaczego nie rozmawia z szewczykiem. Dlaczego przez cały czas nie odzywa się ani słowem?

— No cóż — odezwała się mama — niech pan bierze miarę.

Tojba wystawiła prawą nogę. Szewczyk zmierzył ją ze wszystkich stron. Żaden szewc na świecie tak długo nie mierzy.