— Taką nóżkę — oświadczył — z tak pięknym wykrojem miała tylko moja matka.

Pantofelki zaś, które on dla Tojby zrobi, zgodziłaby się nosić sama cesarzowa.

To była prawda. Oprócz pięknego śpiewania, umiał ten litwak szyć pantofelki godne cesarzowej. Były czarne, lakierowane, na wysokich obcasach, lekkie jak piórko.

Tojba wyglądała w nich na wyższą i szczuplejszą. Cała jej figura była teraz smukła. Zaraz też w sobotę wyszła w nich na spacer razem z szewczykiem. Długo nie wracali. Niebo zdążyło już opaść na pole. Jaskółki niczym niebieskie strzały nurzały się w powietrzu. Rozbrzmiewały ostatnie dźwięki ścinających trawę kos, a Tojby z szewczykiem nadal nie było widać. Mama zamknęła książkę. Zapytała mnie, czy bym nie chciał pójść z nią na spacer. Szliśmy tymi samymi ścieżkami wśród rosnącego żyta, którymi wcześniej spacerowali Tojba i szewczyk. Słońce świeciło nam w twarz. Było duże i żółte. W oczach mamy tliło się zmartwienie. Wytarła czoło, jakby oblał ją pot. Czułem, że mama niepokoi się o Tojbę. Ale oto ujrzeliśmy ją i szewczyka. Wyłonili się nie z lasu i nie zza stogów siana, ale szli od polnej drogi, która prowadzi do szosy. Tojba nie odrywała wzroku od swoich nowych lakierowanych pantofelków. Trzymała w ustach jakiś kwiatek. Mały, niski szewczyk trzymał Tojbę pod rękę i stawiał drobne powolne kroki. Mówił do niej z uniesioną w górę głową, jakby przemawiał do wysokiego okna.

Kiedy zbliżyliśmy się do nich, szewczyk szybko wyciągnął rękę spod ramienia Tojby. Uśmiechnął się przy tym trochę głupkowato. Tojba wypluła kwiatek i odrobinę podniesionym głosem zapytała:

— Dokąd to ciocia się wybiera?

— Wybrałam się na przechadzkę — odpowiedziała mama ostrym wzrokiem patrząc na Tojbę.

— A my byliśmy w miasteczku — powiedziała Tojba niepewnym głosem, jakby nie wierzyła własnym słowom.

— Dlaczego tak daleko?

— Wcale nie jest daleko — uśmiechnął się głupkowato szewczyk — Taki spacer tam i z powrotem.