Do domu wróciliśmy już razem. Szewczyk szedł obok mnie. Jego kapota pachniała skórą i łupinami od jabłek. Wypytywał mnie, co robię, czy jestem zadowolony z pobytu w Leniwie, czy potrafiłbym już sam ustawić stóg siana i czy nie odczuwam boleśnie braku żydowskich kolegów.
Nie, raczej źle znoszę jego gadulstwo. Mama i Tojba milczą. Być może, że i on wolałby milczeć, ale nie ma pojęcia, jak przerwać gadanie.
Litwacki Żyd wydaje mi się teraz głupi. Dziwię się Tojbie, że pozwoliła mu trzymać się pod ramię. Kim dla niej jest? Narzeczonym? Krewnym?
Potem szewczyk całkiem zaniemówił. Siedział i słuchał modlitwy ojca, która ciężkim westchnieniem kładła się na wilgotne pole.
W powietrzu unosił się zapach wody zmieszany ze smakiem śledzi. Mama nie odmówiła kobiecej modlitwy Boże Abrahama. Od lasu zaczęło wiać. Ojciec szybko odmówił modlitwę Hawdala, którą pożegnał sobotę, po czym wszyscy poszliśmy do domu. To znaczy nie wszyscy, bowiem Tojba została na dworze. Usiadła na progu i oparłszy ręce o kolana pogrążyła się w myślach.
W pokoju pachniało ciepłem, jakby szło już ku jesieni. Szewczyk zabierał się do odejścia. Nie miał dzisiaj niczego do noszenia. Ani butów, ani pantofli. Mimo to zdawało się, że czegoś szukał.
Nafty w domu nie było. Na stole paliła się jedna świeczka. Czerwony płomyczek przy Matce Boskiej powoli gasł. Wokół świeczki krążyła ćma, podlatywała i odskakiwała. Wszyscy patrzyli na głupie stworzenie, które lezie w ogień.
Przed domem rozległ się długi przeciągły gwizd. Nie wiadomo, czy było to jakieś hasło, czy tylko łobuz sobie pofolgował, fakt, że ten gwizd rozwiązał szewczykowi język. Wstydliwym głosem zapytał mamę:
— Pani Frumet, czy ma pani chwilkę czasu dla mnie?
Jasne, że mama miała sporo czasu. Nie miała przecież nic do roboty.