— Trzeba liczyć, że w naszym miesiącu Cheszwan.
Iwan zwolnił jednak syna ojca wcześniej. Tak chyba wyliczył, żeby Lejbke zjawił się w domu w Jom Kipur. Było to po poniedziałkowej modlitwie Mincha. Na stole w doniczce z piaskiem tkwiła długa cienka świeca. Na górnych szybach osiadł chłodnawy, niebieski cień. Jedliśmy rosół z makaronem, nadziewaną kurę i gotowane jabłka.
Ojciec tylko kosztował każde danie.
— Im mniej się je — powiedział — tym łatwiej znosi się post.
Mama włożyła już biały żabocik na czarną bluzkę z tafty. Ja pomagam jej sprzątać ze stołu. Długa, cienka, martwa świeca pali się żółtym płomieniem. Płomień świecy odbity w lustrze. Żółte tło poświaty. Tato szuka jomkipurowej mycki, w której srebrne nitki zdążyły na przestrzeni długich lat zżółknąć. I oto niespodziewanie otwierają się drzwi, a do mieszkania wpakowuje się obcy człowiek z walizeczką w ręku. Ubrany jest w czarny krótki płaszcz i czarny sztywny kapelusz. Wygląda na doktora. Na pierwszy rzut oka wydaje mi się, że czarny, krótki płaszcz jakby nie należał do niego. Kapelusz także nie pasował. Tato wciąż jeszcze szuka mycki. Obcy człowiek powoli stawia walizkę na podłodze, patrzy na ojca, i z uśmiechem na ustach powiada:
— Wesołego święta!
Ojciec cofnął się o krok. Wyglądał jakby na przestraszonego. Przerażonym nieco głosem nagle zawołał:
— Lejbke?
— Tak, to ja, tato.
Tato chciał jeszcze coś powiedzieć, ale czy zabrakło mu oddechu, czy też stracił rozum, dość, że znowu westchnął i zapytał: