Być może nie wypadało, żeby Lejbke przyszedł do bóżnicy ubrany po niemiecku. Powinien był raczej udać się do dużej synagogi. Tam było sporo takich dużych kapeluszy. Czy ojciec mógł jednak zrezygnować z przyjemności pokazania się z synem z pierwszego małżeństwa, który w dodatku dopiero co przyjechał z samego Jekatierynosławia? Rozległ się cichy łamiący głos rabina Arona. Wyczuwało się w nim prawdziwy strach. Wypowiedział pierwsze słowa poprzedzające modlitwę Kol Nidrej.

— „Z woli Bożej i woli gminy, za zezwoleniem Boskim i ludzkim pozwalamy modlić się z grzesznikami”.

Twardy czarny kapelusz Lejbke sprawił, że kantor Moszke sfałszował melodię. Lejbke uśmiechał się pod wąsem. Powiedział, że tam w Jekatierinosławiu, w synagodze coś podobnego nie może się zdarzyć.

Niewazmożno88 — oświadczył — tam w synagodze, to tak jak w wojsku. Nie wolno się śpieszyć i nie wolno przegapić. Trzeba słuchać starego feldfebla, to znaczy kamertonu.

— Tam — dodaje Lejbke — zupełnie inna modlitwa, sawsiem drugaja żyzń89.

Do późna w nocy opowiadał nam potem o tym innym życiu. Ojciec w małym tałesie siedział na brzegu łóżka i opatrywał chorą nogę. Mama w białym nocnym czepku leżała w swoim łóżku. Ja obok Lejbke. Wszyscy słuchaliśmy jego relacji o tym, że w Jekatierinosławiu jest dużo „baryniów” i „baryń”. Noszą duże kożuchy i futrzane sztrajmły. W sobotę Żydzi mają sklepy otwarte, a modlitwę odprawiają tylko w święta.

— A ty też nie modliłeś się? — zapytał ojciec, unosząc głowę znad chorej nogi.

— Jak był czas, to się modliłem.

Ojciec ciężko westchnąwszy, oświadczył:

— Dziki kraj! Świński kraj!