Mama się nie odzywała. Tak jak przedtem ucieszyła się gojskimi sąsiadami, tak teraz zamilkła. Nie leżało w jej naturze, żeby inni rozmawiali, a ona milczała. Lubiła, żeby jej słuchano, żeby ją widziano. Teraz zaś mówili inni, jej nikt nie zauważał.
Toteż następnego dnia, kiedy Lejbke nie było w domu, kilka razy powtórzyła, że Lejbke opowiada o Jekatierynosławiu, jakby to było miasto leżące za morzem. A jeśli już dowódca kompani nazywa go Lowką, to co to za powód do dumy.
— Głuptasku — odezwał się ojciec — czy to nie ciekawe?
— Za pierwszym razem może i ciekawe, ale jak się w tę i we w tę bez przerwy gada: „U nas w pułku” to ma się tego dosyć. Ciastka też się mogą przejeść.
— A ja bym go słuchał i słuchał — powiada ojciec.
— I słuchaj go na zdrowie. Nikt ci tego nie zazdrości.
Obecność Lejbke zaczęła mamę martwić. Za ciasno jej było mieszkać z nim pod jednym dachem. Nie był jej synem. Nie zwracał się do niej, jak Tojba per ciotuniu, tylko po prostu ciociu. Nie chodził po mieszkaniu, jak Tojba, na paluszkach. Miała do niego pretensje, że chrapie w nocy, że nie przychodzi na czas na posiłki. Nie ma przecież obowiązku pilnować dla niego garnków. Wszystko to jednak straciło na znaczeniu, kiedy z Warszawy nadeszła pocztówka, na której było napisane, że jedyna córka mamy z pierwszego małżeństwa, Cype, wybiera się do nas na święto Sukkot.
Z kartki nie wynikało, czy przyjeżdża sama, czy też z narzeczonym, szczotkarzem. Mama nie miała w ogóle pojęcia o tym, co się stało z narzeczonym. Ale było nie było, przygotować się na przyjęcie gości należało. I zaczęła mama czynić przygotowania.
Sprzątanie, mycie podłóg, czyszczenie sama załatwiała. Kiedy ojciec wręczył jej pieniądze na urządzenie święta, bez przeliczania ich zaczęła utyskiwać:
— Ile mi dajesz?