— Przecież powiadam panu wyraźnie, że wódki wtedy nie było.

— A co zatem było wtedy?

— Bo ja wiem. Chyba wino. Na pewno wino.

— A wino to nie alkohol? — ucieszył się dziadek. — Obym ja i moja Rachela byli tak szczęśliwi, jak dobra jest szklanka wina.

— Przestań wreszcie paplać — wtrąciła się babcia. — Musiałeś już zdrowo sobie łyknąć.

— Broń Boże, Rachelciu, przysięgam, żem wódki do ust dzisiaj nie wziął.

I obróciwszy swoją małą, białą bródkę ku zarośniętej twarzy mełameda powiedział:

— Ona, ta moja Rachela, oby długo żyła, także lubi pokrzepić się szklaneczką likieru.

— Niechaj już za ciebie wrogowie mówią. Patrzcie tylko, jak się dziś rozgadał. Rebe Szymie-Josefie, niech go pan nie słucha. Przecież to wariat.

— Ale ona to robi po cichutku — powiedział dziadek — ona sobie popija w nocy. Ja bynajmniej nie uważam tego za grzech. Człowiek stary dlaczego ma sobie odmówić?