Po południu wyniesiono ciało rebe Jankele z domu jego córki. Ten wysoki Żyd leżał teraz w wąskiej, małej trumnie, która kołysała się wśród całej czeredy czarnych, poruszających się czapek. Najwyżej wznosił się atłasowy cylinder urzędowego rabina i żółty sztrajmel dajana Arona.
Był piątek. Wiatr, który rano zrywał blachy z dachów, teraz uspokoił się. Śnieg z deszczem przestał padać. Widocznie na czas pogrzebu zrobił sobie przerwę. Sklepy w mig się zamknęły. Żydzi włączyli się do konduktu pogrzebowego, żeby prosić zmarłego o przebaczenie. Jedni towarzyszyli zmarłemu do następnej ulicy, drudzy aż do „trzech drzew”. Cała szkoła na czele z nauczycielem Matiasem i rebe Dawidem szła przed trumną. Całym sercem, wszystkimi zmysłami recytowaliśmy na mokrych, zimnych ulicach:
— Ofiarność przed nami kroczy.
Tego dnia byłem po raz pierwszy na cmentarzu. Wydawało mi się, że nawet żywi nie mogą stąd powrócić. Rozglądałem się tylko w obawie, czy czasem nie zamkną bramy cmentarnej. Tu, obok drzewa, spoczywać będzie rebe Jankele, były kupiec leśny, znawca Tanachu, wielki mąż oświecenia. Prawdopodobnie przywitają go dwaj wielcy prorocy Izajasz i Ezechiel. Zapewne prorok Jeremiasz opłakiwać będzie śmierć tego wspaniałego, prawego Żyda.
Ale dlaczego kładą tego wspaniałego człowieka do takiego mokrego, wąskiego grobu? Dlaczego grabarzowi tak spieszno? Czy nie wie ten gruboskórny facet, że takiego nieboszczyka należy traktować delikatnie? Był jednak piątek. Wiatr chwilowo ucichł. Deszcz zmieszany ze śniegiem na razie ustał. Rabin z dajanem już dawno opuścili cmentarz. Pozostali Żydzi też chcą jak najszybciej powrócić do miasta. Kobiety wsiadają do bryczek. Furmani targują się. Wiatr już się zorientował, że jest po pogrzebie. Zaświtało wśród topól. Powiało od nich deszczem ze śniegiem. Wracają już od świętego grobu córka rebego Jankele z mężem i dwaj ich chłopcy. Tylko nauczyciel Matias z chudym, małym Jukele stoją jeszcze przed okienkiem pogrzebowego domku i czekają, aż zapalą się w nim szabasowe świece.
*
W szkole jeszcze długo słychać było skrzypienie butów towarzyszące krokom rebego Jankele.
Lampa naftowa świeciła żółtym płomieniem. Nie pomogły szkła, które w nią wstawiono. Nie pomogła nafta, kupiona w innym sklepie. Jakoś wszystko stało się w naszych oczach żółte. Ściany z mapami, portret Mojżesza Mantefiore. Nawet rebe Dawid miał teraz żółtą twarz z podkrążonymi oczami. Nauczyciel Matias zaczął więcej palić i jeszcze bardziej chrypieć. Dalej bił po twarzy i nadrywał uszy, ale i Mojszele, synowi szynkarza, od czasu do czasu dawał poczuć siłę swojej ręki. Sam zaś po pewnym czasie zmizerniał, schudł i zmalał.
Zaczął nas teraz uczyć Tanachu zięć rebego Jankele, jasnowłosy młodzieniec, maskil i syjonista. Miał mleczną cerę i czarną, małą bródkę. Głos płaski. Tekst wyłożony przez niego był suchy i zimny. Mówiono o nim, że karmi nas postną chałą i kaszą bez omasty. I rzeczywiście tak się rzecz miała. W jego trzeźwym głosie słowa proroków brzmiały nudno. Podobne były do zmęczonych much, które ostatkiem sił trzymają się ochłodzonych szyb. Nikogo nie bił. Nikomu nie prawił morałów. Krążył tylko między ławkami z kijkiem w ręku i stukał nim po blacie stołów. Nie wiedzieliśmy, jak się nazywa. W pierwszych tygodniach nazywano go po prostu „zięciem rebego Jankele”. Potem ktoś wyraził się o nim „postna chała” i tak już zostało. Nie żywiono do niego ani miłości, ani nienawiści. Wchodził do klasy tanecznym kroczkiem, postukał kijkiem kilka godzin, odwalił kilka fragmentów Tanachu i tym samym tanecznym kroczkiem wymykał się bez pożegnania, bez „dobrej nocy”.
Mówiono, że Postna Chała uczy nas chwilowo. W nowym sezonie szkolnym mamy dostać nowego rebego. Takiego osobnika, który ukończył gimnazjum i któremu mój dziadek kiedyś szył granatowe mundurki ze srebrnymi guzikami.