Zaczął się nowy sezon szkolny, a Postna Chała pozostał w szkole. Mój dziadek zaś definitywnie przestał szyć granatowe mundurki.

*

Było już po święcie Pesach. Nad sadem wstawały niebieskie czyste poranki. W mieszkaniu czuć jeszcze było zapach świeżej pościeli i świeżo umytych podłóg. Kto mógł się spodziewać, że w taki poranek umrze mój dziadek? Zawsze myślałem, że Dawid Frojke ze swoimi piosenkami, ten mój radosny dziadek, umrze ostatni w naszym mieście.

Na koniec zobaczyłem, jak leżał na podłodze. Głupie, chude ciało wyglądało jak śnięty lin. Drzwi do domku dziadka były otwarte na oścież. Jacyś obcy ludzie wchodzili i wychodzili. Przy pompie na podwórzu siedział Władek, głupek z pustymi wiadrami. Targał kudłatą brodę i mruczał pod nosem:

— Ni ma pana krawca, ni ma.

Mama, która rano wybiegła z domu, nie zdążywszy zapiąć bucików, leżała teraz na łóżku babci, zanurzywszy głowę w poduszkę. Ni to spała, ni to płakała. Z jej piersi wydobywały się raz po raz ciężkie westchnienia.

Ciotka Miriam, druga córka dziadka, stała nad warsztacikiem ojca i grubym głosem, jakby przemawiała do żywej istoty, pytała:

— I kto teraz będzie przy tobie pracował? I kto będzie śpiewał?

Powtarzała te pytania wiele razy. Wyglądało na to, że słowa te wypływały z niej same bez jej udziału, przy jej nieobecności. I nagle coś sobie przypomniała. Rozrzuciwszy ręce i nie ruszając się z miejsca zawołała:

— Puśćcie mnie, dopuśćcie mnie do ojca!