Ale co jej mógł pomóc ojciec, kiedy pomóc jemu nie było już w naszej mocy. Nie był już ani jej ojcem, ani moim dziadkiem. Był już tylko ciałem, był trupem. Spod czarnej narzuty wyglądały dwa grube palce u nóg. Żółte, chude, owinięte słomą.
W pokoju siedziały obce niewiasty. Opowiadały o chwalebnych zaletach dziadka. Na płycie kuchennej stały zimne, poobijane garnki. Nikt tego nie zauważał. Widziano tylko te dwa grube, martwe palce. Widać też było babcię Rachelę. Malutka, skurczona, stała nad martwym mężem i kiwała małą główką w stronę czarnej narzuty.
— Dawidzie, u kogo mnie zostawiasz? Kto będzie odprawiał kidusz? Co? Zgasłeś jak świeca. Mógłbyś przecież mi powiedzieć: Rachelo, jest mi jakoś niedobrze. A ty co? Obróciłeś twarz do ściany i... już. Po to miałam przeżyć z tobą wszystkie lata, żeby ci nie móc udzielić ratunku?
Mówi tak przez cały dzień. Mówi to coraz ciszej. Z coraz większym otępieniem. Nie bierze nic do ust. Nawet herbaty. Uspokaja się dopiero wieczorem, kiedy obie świece u wezgłowia dziadka zaczynają świecić żółtym światłem. Noc wkracza czernią. Taką samą jak narzuta pokrywająca nieboszczyka. Czarny Żyd odmawia Psalmy. Mama opiera głowę o wałek na łóżku babci. Na drugim wałki opiera głowę ciotka Miriam. Ja razem z dziećmi ciotki Miriam kłębimy się pośrodku tego łóżka. Babcia przysuwa swój kuferek do nieboszczyka. Przez całą noc czuwa nad dwoma żółtymi, martwymi palcami.
Następnego dnia po południu odbył się pogrzeb. Czekano na obu synów dziadka. Na wuja Abrama Ajzyka z Warszawy, który umiał robić z papieru latające w powietrzu ptaki i był biedakiem co się zowie, oraz na wuja Lejzora z Łodzi, który nie umiał robić ptaków latających w powietrzu, ale był bogaty.
Ten z Łodzi pokasływał po nowobogacku. Ciągle wycierał nos świeżą, białą chustką. Warszawski wujek miał na głowie ośmiokątną jarmułkę. Nosił okulary. Był chudy i miał jasną, ładnie zaczesaną brodę. Złożył obie ręce i głowę na trumnie. Wuj Lejzor z Łodzi szedł za trumną powolnym krokiem i oglądał się od czasu do czasu.
Rabin z dajanem nie szli w kondukcie pogrzebowym. Sklepów nie zamknięto. Chłopcy z chederu nie śpiewali: Ofiarność przed nim kroczy. Miasto nie miało pojęcia o śmierci dziadka. Słońce za to wiedziało. Padało na trumnę, na ramiona, przed konie ciągnące karawan. Tak jak ów słup ognia przed Żydami, kiedy wychodzili z Egiptu.
Rozdział XXX
Po śmierci dziadka smutek zapanował w naszej rodzinie. Bogaty wuj Lejzor jeszcze w dzień pogrzebu pojechał z powrotem do Łodzi. Biedny Abram-Ajzyk odsiadywał siedem dni żałoby u babci Racheli. Opowiadano sobie różne historie o dziadku. Wuj Abram-Ajzyk, który był krawcem, po siódmym dniu żałoby wykończył ostatni granatowy mundurek, którego dziadek nie zdążył uszyć. Wieczorem wsiadł do omnibusu Jarme i pojechał do Warszawy.
Babcia została sama w małym, biednym domku. Nikt nie prasował i nikt nie śpiewał piosenek. Jedynym jej opiekunem był głupi goj, Władek. Babcia zaczęła wyprzedawać i rozdawać schedę, pozostałą po dziadku. Wuj Abram-Ajzyk zabrał do Warszawy tałes i tefilin, kilka machzorów119, trochę wosku i igieł. Moja mama otrzymała paschalną zastawę stołową razem z kielichem proroka Eliasza. Dla siebie babcia zostawiła tylko warsztacik dziadka i własny kuferek. Z tym majątkiem przeniosła się do ciotki Miriam.